Informacje

Czcionka w notce wydaje Ci się za mała?
Wystarczy przytrzymać klawisz CTRL i przybliżyć obraz strony przy pomocy rolki na myszce, bądź wciskając +.

ZANIM ZACZNIESZ...
Jeśli zamierzasz napisać, że blog jest "fajny" i nie zostawić treściwego komentarza, wskazującego na to, że notkę przeczytałeś, skieruj się do strony "Kontakt i SPAM". Jestem łapczywa i komentarze wszelakie sobie zostawię, ale będę wiedziała, że czytasz coś z bloga, zamiast się bezczelnie reklamować.

Uprasza się o nie kopiowanie treści zawartej na blogu.

©Aikoo

niedziela, 15 listopada 2015

|131| Obława

Także, ten. Jest i on, rozdział dziesiąty :3
Smok i Ptaszyna.
Zapraszam do czytania, robaczki.

Rozdział 10

***



Ethan poniesiony emocjami zignorował truchło ministra i ruszył gwałtownie w kierunku Zoe. Ludzie w panice i tak go ignorowali, więc musiał się przeciskać przez tłum.
Chwycił ją w końcu za ramię, gdy sama chciała wyjść z sali.
-Mówiłaś komuś?!- szarpnął ją za rękę. Zaprzeczyła, krzywiąc się wyraźnie.
-Komu miałabym powiedzieć?! Nie sądziłam nawet, że weźmiesz moje słowa pod uwagę!- prawie odkrzyknęła.
-To skąd się dowiedział?- rozeźlony wyraz twarzy kapitana przeraził kobietę początkowo, ale potem stwierdziła, że nie ma nic do stracenia.
-Nie wiem. Nie ja tu jestem od zadawania pytań. On jest smokiem. Może nawet teraz słyszy jak rozmawiamy.- wysyczała jadowicie.
-Brednie... Będziesz kandydować na króla.- rozkazał, mrużąc oczy. Ścisnął jej rękę jeszcze mocniej, zapewniając ją tym samym, że to nie są żarty.
-Nie ma mowy.- wyszarpnęła mu się. Nie kłamała. Nigdy nie miała takiego zamiaru. Mogła nie wiadomo jak narzekać na poprzednich władców, psocić im się, opóźniając dostawy wina i świeżych owoców. Nieważne jakie miała marzenia. Nie chciała zasiąść na tronie. Nie chciała władzy.
Smok był jednak innego zdania. W jakiś sposób potrafił ją zmanipulować na tyle, że wykonywała jego zachcianki.
-Nie wziąłbym przecież pierwszej lepszej kobiety z ulicy. To przecież niedorzeczne.- nie spuszczał z tonu. Naith prychnęła tylko.
-Żebyś ty siebie słyszał...-odparła z pogardą i wtopiła się w tłum, zostawiając osłupiałego kapitana samego.
Jeszcze nikt mu się w taki sposób nie sprzeciwił. Był zaskoczony, że jego decyzja została zignorowana przez osobę, której przecież ofiarował dach nad głową. Nie mogłaby być wdzięczna i posłuszna za to co dla niej zrobił? Znajdzie ją prędzej czy później, znajdzie i inne dziewczyny. Już bez ustawiania kandydatury.
-Ustawić ludzi w bramach miasta. Wyłapujcie młodsze kobiety i sprowadzajcie je do zamku! Wszystkie!- zagrzmiał rozkaz. Strażnicy przepychali się do wyjścia, grożąc spanikowanemu ludowi i zatrzymując ich w sali.
-Z drogi! Straż ma pierwszeństwo! Mamy rozkazy do wykonania!- krzyczeli jeden przez drugiego.

Gdy tylko Zoe wydostała się poza mury zamku, skierowała się do kwatery kapitana, żeby tam spakować swoje rzeczy.
Nieważne.
Może i smok był pociągający w ludzkiej postaci, może trochę tęskniła za jego towarzystwem, bo przecież otworzył jej furtkę do odrobiny luksusu. Przerastało ją tylko to, że była w tej grze zwykłym pionkiem.
Zrzuciła z siebie suknię i wciągnęła skórzane, podróżne spodnie. Kreacja, w której chodziła, wrzuciła do skrzyni w nogach łóżka. Nie miała zamiaru więcej włożyć jej na siebie.
Z torbą na ramieniu opuściła mieszkanie, by wkrótce zostawić za sobą i całe miasto. Blizna na powiece piekła ją tym mocniej im bardziej zbliżała się do bram stolicy. Nie była jedyna, ale widziała, jak strażnicy wyłapują w tłumie co młodsze dziewczęta, które mimo głośnych protestów rodziny, miały zostać w mieście. Zoe miała nadzieję, że jej nie wyłapią.
Zarzuciła więc kaptur na głowę i poprawiła poły płaszcza by ukryć swoje bądź co bądź kobiece kształty tak, by nie rzuciły się w oczy zbyt szybko,
-W co wy pogrywacie, panowie?- rzuciła do siebie, zdumiona, jak prędko straż zaczęła działać w tym kierunku. Takiej obławy to miasto jeszcze nie widziało.
W pewnym momencie jej uśpiona czujność pozwoliła na to, by ściągnięto ją gwałtownie w ciemną uliczkę. Już miała walczyć, gdy zorientowała się kto przed nią stoi.
-Raymond!- wydusiła z siebie zaskoczona.
-Najpierw każesz nam szukać ludzi na tron, a teraz uciekasz?!- przyszpilił ją do ściany.
-Taki mój urok, Ray.- odparła bez zastanowienia.
- Odbiło ci do reszty, Zoe.-potrząsnął nią.
-Zoe? Od teraz jestem Zoe?!- prychnęła.
-Młoda, poznałem cię od razu. Zawsze poznam tą sierocą mordę. Sam cię w końcu wychowałem.
-Teraz mówisz do rzeczy. Trochę mi się jednak spieszy. Zanim znajdzie mnie kapitan.- zerknęła tęsknie w kierunku bramy.
-Co mu zrobiłaś? Zdradziłaś się, czy co?!
-Nie. Avido chce, bym kandydowała na tron.
-Ty? W koronie?! Samozwańcza królowa złodziejaszków, hę?
-Przesadzasz.- syknęła, kryjąc piekącą bliznę na twarzy chłodną dłonią.
Gdy tylko wykonała ten gest do alejki wpadło przerażone dziewczę, potykające się o własne nogi, a za nim kilku strażników, którzy niestety zbyt zajęci byli swoimi sprawami, by zwrócić uwagę na bandytę i jego towarzyszkę.
-Mam lepsze miejsce do rozmów na ten temat.- Ray ściszył głos.
-Jakie?
-W tej chwili patrolowane są tylko obrzeża miasta i każda jego alejka. Nikt nie zagląda na dachy.- mężczyzna skinął na drabinkę nad nimi. Dłonie ułożył w koszyczek, oczekując, że dziewczyna skorzysta z jego pomocy przy skoku.
- Jeśli myślisz, że możesz mnie traktować jak dziecko, to jesteś w błędzie.- odepchnęła go na bok. Podbiegła do przeciwległej ściany, by wdrapać się na gzyms i stamtąd doskoczyć do drabiny. Znała Raymonda na tyle, że jeśli zaczęłaby uciekać i tak by ją dogonił, a jeśli on nie dałby rady, z pewnością wpadłabym na grupkę strażników, których teraz pałęta się cała chmara.
-O co ci w końcu chodzi?!
-Najwidoczniej co do jednego się z kapitanem muszę zgodzić.
-Do czego pijesz, Ray?- ściągnęła brwi, czując niepewny grunt pod nogami.
-Nie mam pojęcia jakim cudem się w to wszystko wpakowałaś, ale i tak zamierzam wybrać cię na królową.
-Chyba sobie kpisz. Nie nadaję się przecież. Myślisz, że uśmiecha mi się grać dalej kogoś kim nie jestem?
-Chyba jeszcze tyle wytrzymasz, co?- Ray uniósł głowę znacznie, patrząc na dziewczynę z wyższością. Miał to w zwyczaju zawsze, gdy chciał się o coś założyć. Zoe prychnęła, uśmiechając się z przekąsem.- Wywiążesz się z danego mi słowa?
-Mieliście kogoś znaleźć. Nie było mowy o mnie.
-W rzeczy samej! Dlatego stwierdzam, że jesteś najbardziej odpowiednim kandydatem. I zaprowadzę cię nawet do kapitana osobiście!- chwycił dziewczynę za ramię i szarpnął w kierunku krawędzi.
-Dam sobie radę sama!- pisnęła, kurczowo chwytając się jego dłoni.
-To przekaż kapitanowi wiadomość ode mnie.- Ray sprowadził Zoe na stabilne podłoże i dał jej kopertę z nazwiskiem Ethana.- Idź prosto do niego. Powiedz mu, że przemyślałaś sprawę i daj mu tę kopertę.

Fakt, sprawa była oczywista.
Jeśli nie kapitan, znajdzie ją Ray. Jeśli nie Ray, dopadnie ją Smok. Była w kropce, przyciśnięta do muru przez trzech wpływowych mężczyzn. O jednostronnym układzie z tym ostatnim reszta nie miała jednak pojęcia.
Stanęła przed wejściem do gabinetu Rady. Blizna przestała ją piec. Rozejrzała się jeszcze ukradkiem, obserwując te wszystkie zapłakane dziewczęta mniej więcej tego samego wieku, co ona.
Wyprostowała się, krzywiąc się na ten żałosny widok. Miała gdzieś, jak zareagują na nią w środku. Może i była nikim ważnym. Na pewno nie była osobą, która mogła o tym decydować. Wiedziała jedno - tak się nie robi. Uderzyła w drzwi kilkukrotnie z narastającym gniewem i wkroczyła do środka bez zaproszenia.
-Co wy sobie wyobrażacie ściągając tu te wszystkie kobiety?!- krzyknęła na wstępie.
-Naith! Nie zezwoliłem Ci tu wchodzić!- Ethan podniósł się z fotela. Kilkoro z Rady wymieniło się spojrzeniami.
-Gdyby nie to, że posuwacie się do terroru, już dawno byłabym poza miastem. I wiesz co, Ethan? Udało Ci się. Stanę przed Smokiem i nawet masz w tym równie wpływowego sojusznika.- przeszła przez pomieszczenie, ignorując obecność innych członków Rady, by rzucić na biurko kopertę.
-Co to jest?- kapitan spojrzał na pieczęć na kopercie, rozpoznając ją.
-Spotkałam człowieka imieniem Raymond.- zadrżał jej głos.
-Gdzie?!- czarnowłosy ściągnął brwi. Po chwili zgarnął kopertę z blatu i westchnął ciężko.- Nawet gdybyś była poza miastem, niewiele by to zmieniło. Mamy wystarczająco dużo kandydatek. Wybrałem już kolejną osobę.- odrzekł chłodno, wyzbywając się wszelkich emocji. Zoe poczuła się, jakby dostała obuchem w potylicę. Zamilkła otwierając usta w zaskoczeniu, po czym obróciła się na pięcie i wyszła z komnaty.
Wszystkie zebrane niewiasty patrzyły na nią w tej chwili. Kobieta odgarnęła pasmo włosów machnięciem dłoni i ruszyła dumnym krokiem w stronę Salo Tronowej. Strażnicy wpuszczali tam wszystkich, bez względu na to, czy byli to mężczyźni, czy kobiety. I tak niewielu odważnych było by tam wkroczyć.
Robotnicy likwidowali okna, które smok zdążył zniszczyć już dwukrotnie. Zalecenie Rady było proste - zostawić dziurę taką, jaka jest, by było widać kiedy smok znów zjawi się w odwiedzinach.
Zamek i tak był w rozsypce, a oni nie zachowywali nawet pozorów, że panują nad sytuacją.
Zacmokała z dezaprobatą. Zasada "do trzech razy sztuka" zdecydowanie nie należała do smoczych zasad.
-Banda imbecyli.
Ogród pustoszał. Nikt nie miał ochoty przesiadywać w jego zakamarkach.
-Bezczelność!- dała się ponieść emocjom, będąc pewną, że nikt jej nie widzi. Wywróciła i potłukła dwie wazy, zadeptała kilka roślin i wciąż jej było mało. Z tej wściekłości zaczęła nawet rozgryzać wyrwane łodygi kwiatów, byleby nie zacząć krzyczeć, bo zwróci na siebie uwagę.
-Co one ci zrobiły?
-Po co tu przylazłeś, Ethan?!
-Nie zapominaj, kto tu jest kapitanem.
-Udław się tym zielskiem, kapitanie!- cisnęła garścią porozrywanych roślin w czarnowłosego.
-Nie znałem cię od tej strony, Naith.- ściągnął brwi badawczo, unosząc kącik ust w znaczącym uśmiechu.- Sfrustrowana?
-Ile z tych kobiet chce faktycznie wziąć w tym udział, co?!
-Garstka.- mężczyzna zobrazował ilość chętnych małą przestrzenią między kciukiem, a palcem wskazującym.
-Ta garstka powinna wystarczyć.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie masz w tej chwili poparcia nikogo z Rady?- złotooki chciał najwidoczniej dalej drążyć temat Naith.
-Nigdy tego od Ciebie nie oczekiwałam, więc wystąpię jako kandydatka Raymonda.
-Nie mogę tego przyjąć.
-To na co nam wybory, skoro król stoi tu przede mną?!- doskoczyła do niego z wyrzutem, rozstawiając ręce teatralnie.- Po co ta szopka?!
-Bo smok tego chce.
- Nie wiem, czy słyszałeś bajania i legendy odnośnie tego, że smoki uwielbiają chędożyć ludzkie kobiety.
-Bajki dla dorastającej młodzieży.
-Każda dziewucha na pewno o tym słyszała. Takich osóbek jest tu pewnie więcej, chyba, że ten smok jest zwyczajnie łasy na ludzkie mięso.
-Jesteś zazdrosna?- spytał, rozbawiony.
-O co? O ciebie? Jesteśmy tylko znajomymi!
-Albo aż...- dodał od siebie.- Przypominasz mi kogoś, Naith.- Ethan ściągnął brwi, wpatrując się w jej oczy i zastanawiając się nad czymś głęboko. Dziewczyna zjeżyła się, wyczuwając niepewny grunt pod stopami.- To spojrzenie.
-Co z moimi oczyma?
-Nieważne. Powiedz mi lepiej, gdzie widziałaś Raymonda?
-Ściągnął mnie w zaułek niedaleko Wschodniej Bramy.
-Co ci dokładnie powiedział?
-Że zgadza się z tobą, co do mojej kandydatury.
- Musiał być w trakcie wyborów na sali.
-Nie musiał. Tego typu informacje roznoszą się po mieście błyskawicznie. Tak jest wszędzie. Nie muszę przypominać, że w trakcie Balu  niemal nie zostaliśmy kochankami, jeszcze zanim przyprowadziłeś mnie do Królewskiego Ogrodu.- Naith skrzyżowała ręce na piersi i usiadła na marmurowej ławeczce. Chrząknęła by opanować emocje. Ta informacja nawet go nie wzruszyła.
- Jeśli chcesz, możesz dalej mieszkać u mnie. Nie pojawię się tam przez następnych kilka dni. Nie będzie mnie w mieście.
-Jak to?! Kto będzie utrzymywał tu porządek?
- Wyznaczyłem już ludzi. Zrób mi przysługę, Naith. Kiedy mnie nie będzie, postaraj się przekonać chociaż część tych dziewcząt, by podjęły się zadania.
-I jak niby mam to zrobić? Co z resztą?- wyrzuciła ręce w powietrze z wyrzutem.
-Te, które nie dadzą się przekonać, puścisz wolno. Coś na pewno wymyślisz.- Ethan obserwował ją dalej, bardziej uważnie niż do tej pory.- Mogę na Ciebie liczyć?
Gdy ktoś wspominał o smoku, albo gdy sama myślała na ten temat, nieświadomie przymrużała oko naznaczone blizną. Uznał to jednak za tik nerwowy po wypadku.
-Ethanie. Gdzie dokładnie wyjeżdżasz?
-Do sąsiedniego miasta, po wsparcie tamtejszego burmistrza. Gromagar to przy nim płotka, niestety.- mruknął z przekąsem.
-A jeśli Smok przyleci, żeby sobie którąś wybrać?
-Wrócimy tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.- odparł kapitan. Wskazał Zoe drogę powrotną, gestem zapraszając ją do spaceru.- Odprowadzę Cię do mieszkania.
-Tylko nie podstawiaj mi straży pod drzwi pod twoją nieobecność!
-Nie miałem zamiaru!- zmieszał się, słysząc ten zarzut. Zdążyło mu to jednak przejść przez myśl chwilę przed tym, jak dziewczyna go ostrzegła.
-I nie wiem, kim do cholery jest ten Raymond i jak wpływowym człowiekiem się wydaje, ale nie wydaje mi się, żebyście byli wrogami.
-Nie mieszaj się w te sprawy, Naith. Nie warto.- kapitan opuścił ją pod wejściem do mieszkania bez zbędnych pożegnań.

Robiło się już ciemno. Na zamkowym dziedzińcu porozstawiano namioty dla dziewcząt. Przygotowano również łóżka na korytarzu zamkowym. Co pewniejsze dziewczę zostawało w zamku, podczas gdy reszta przerażonych uciekała w pobliże bramy, mając złudne nadzieje, że im bliżej wyjścia się znajdą, tym prędzej będą mogły opuścić to miejsce.
Kapitan i tak podstawił dwóch strażników dziewczynie. Zauważyła ich dopiero, gdy zgasiła światło w pokoju. Wtedy też wyłonili się, siadając na ławce pod kamienicą.
-Niech cię diabli, Ethan.- syknęła. Gdy tylko wspomniała jego imię w jej głowie zaświtały jego słowa.- Nie mieszaj się w to, co? Jest więc w co się mieszać, skoro tak powiedział.- przeniosła wzrok ze strażników na niebo nad miastem. Księżyc w drugiej fazie zaczynał chować się za kłębami ciężkich chmur.- Piękna pogoda na biwakowanie.- rzuciła jeszcze w kierunku zamkowych murów i skryła się w cieniu pokoju.

poniedziałek, 19 października 2015

|130| TAH DAH

Minął już tydzień od Japaniconu. 
Było super. Poznałam masę ludków. Miałam przygotowane dwa przebrania, a chodziłam wciąż jako Lambo, bo nie pozwolili mi się przebrać XD 
Yare yare. 

Muszę się ładnie odwdzięczyć za gościnę koleżance, która mnie przenocowała, wyganiając swoją babcię z domu na noc z piątku na sobotę. xD



Ja i Bleti, jako Killua( nie wiem, czy dobrze zapisałam) w cosplayu Hunter x Hunter ♥
Zabijesz mnie za udostępnienie zdjęcia, zapewne



Banda z KHR'a była wyjątkowo duża :D
Jeśli znajdę chwilę czasu to wrzucę tu jeszcze ich fanpage na facebooku ^.^
KOSPRE.
A tu niedoszłe przebranie, które miałam na sobie, może z godzinkę o.o
Dostałam od Bleti prześliczną parasolkę. Taką półprzezroczystą i całą czerwoną. Nadawała się idealnie ♥

Konwent uważam za udany. Zdobyłam dwa plakaty, naszywki z herbem Varii, kolejny pierścień
Strażnika Błyskawicy, lepiej wykonany i o niebo tańszy niż poprzedni, który zresztą zaczął się odbarwiać po piętnastu minutach, karty do gry z postaciami z Katekyo i kubek z symbolem zwiadowców z Shingeki no Kyojin - wygrany za punkty z wiedzówki z Katekyo.

TAK DUŻO KATEKYO.
Było super. Może i nie byłam na większości prelekcji na które chciałam się dostać.
Kolejkon kilkugodzinny pozdrawia.

ALE BYŁO ŚWIETNIE.
I JUŻ TĘSKNIĘ.

A w nowej-nienowej pracy.
Drugi tydzień popołudniówek zaczynam dzisiaj.
Nie podoba mi się.
Praktycznie nie mam życia z tego powodu.
Wstaję, idę do pracy, kładę się spać, wstaję, idę do pracy... i tak w kółko to samo D:
Przerażające.
Nie życzę nikomu takiej fuchy.
Najlepsze, że to miało być przeze mnie traktowane jako "awans".
Brak życia jako nowy status społeczny, kierwa.
Nie jestem robotem.
Czas śmignąć na następny konwent.
Nie wiem, może Hellcon? o.O

niedziela, 4 października 2015

|129| Powtórka z rozrywki.

Byłam na Coperniconie w tym roku. Robiłam zdjęcia, wiecie?

 Wejdźcie sobie do mojego albumu na FB, wystarczy kliknąć w to zdanie.


Poza tym, chyba już czas, żeby moje Smoczysko się nie zastało i pora najwyższa na napisanie dziesiątego rozdziału.

Mój tata był w szpitalu, na szczęście już jest wszystko okej.
Ale teraz znów borykam się z kolejnym wyzwaniem.
Przerzucili mnie do innej pracy. Nowi ludzie, nowe wyzwania. Nie wiem, nie wiem.
Mam nadzieję, że dam sobie radę.
Najgorsze w tym wszystkim, że decyzja zapadła w piątek wieczorem. Tak, dowiedziałam się na ostatnią chwilę.
Nic to!
Odbiję sobie psychicznie na Japaniconie :D
Mam zamiar zrobić instanta Lambo, jak zwykle i połazić w kreacji jako Ryuko Matoi. Brelok z Scissor Blade muszę tylko przerobić na naszyjnik :3
Czarny płaszczyk, kokarda, biała koszula, czerwona parasolka ^^ Tak, to może mieć jakiekolwiek przebicie :3 Może przejdzie :D Musiałabym tylko usiąść i zakombinować z wigiem, coby go do porządku doprowadzić, wystylizować w końcu mało wiele >->
 Z pewnością będę potrzebować pomocy przy tym.

No dobra, coś ogarniemy ^^

Pamiętacie, jak rysowałam femkę Lambosza?
No to tak mam zamiar wyglądać xD
Bez okularów to będzie masakra D:




IT WILL LOOK AWFUL, ANYWAY.
To jeśli ktoś się wybiera do Poznania na ten konwent, możecie mnie zaczepić :3
Wcale się nie obrażę. Wprost przeciwnie, będzie zabawniej! :D
Moje derpface'y mogą być zabawne xD



niedziela, 6 września 2015

|128| Ciężko mi

No jest.
Ostatnie dwa tygodnie minęły w stresie, obawach i raczej przez najbliższy czas nie będzie im końca.
Nie wiem nawet, czy mogę się tu wygadać na ten temat.
Gdy ktoś z rodziny leżał w dwóch różnych szpitalach po ataku jakiegoś dziwnego udaru. Tydzień leżenia w Częstochowie, tydzień w bliższym szpitalu specjalistycznym. Powtórka z rozrywki wczoraj i dzisiaj... I okazuje się, że to może być depresja.
Panicznie się boję, bo to stresuje całą rodzinę. Nie wiemy co robić, brak nam jasności umysłu i teraz sama czuję, jaka jestem słaba, bo nie jestem w stanie pomóc...
Podziwiam ludzi za wytrwałość i siłę w takiej sytuacji.
Zwłaszcza tych najbliższych.
Bez odbioru.

czwartek, 13 sierpnia 2015

|127| Jak ten czas leci...

Dwa tygodnie po urlopie.
Najpierw Warszawa, potem Gdańsk. Wspaniale było się spotkać z ludźmi, z którymi mam w zasadzie kontakt jedynie przez internet. Byłam na dwóch filmach w kinie, czyli na Ant-Manie i Pixels.
Odwiedziłam warszawskie sklepy z komiksami, miałam seanse z animacjami z DC (Batman, Joker, Superman, Flash etc.). :3
W Gdańsku udało mi się zwiedzić trochę miasta, a byłam w nim po raz pierwszy i się w tym mieście zakochałam ♥
TAK.
Nad morzem byłam może przez pięć minut. SUDDENLY. STORM.
Musieliśmy uciekać przed ścianą deszczu XDD
Czas ucieka jakby przez palce, mijają już kolejne dwa tygodnie.
JAK? KIEDY? GDZIE?!
Cholerne upały.
Chmury przyszły akurat wczoraj, kiedy miałam oglądać Perseidy.
Dlaczego zawsze kiedy coś się dzieje nad polskim niebem ( spadające gwiazdy i zorze polarne, chociażby), zawsze musi być pochmurno? D:
Wyprowadzę się kuźwa do Afryki, jak będzie trzeba. >_<
Zdjęć nie mam, bo musiałam zrobić format karty w telefonie. >->
ALE, ale w zeszłą sobotę udało mi się uchwycić błyskawicę, przy pomocy mojej lustrzanki ofc.

Jest czwartek, godzina 21:30, złapałam w pokoju pająka wielkości mojego paznokcia od kciuka ;_; Do szklanki. Wypuściłam go na dwór. Niech nie wraca.
Szklankę chyba będę dezynfekować przez następny rok @_@
Albo się jej w ogóle pozbędę ^^'' *sniff*

Niedługo wrzucę kolejny, bo dziesiąty rozdział o Smoku i Ptaszynie.
Do uczytania, ludziska!

P.S. Co u Was słychać? Żyjecie?
Pogoda was nie dobiła? o.o





sobota, 1 sierpnia 2015

|126| "Kobieca intuicja, czy szatańska manipulacja?"

Ot, kolejny, dziewiąty już rozdział opowiadania o "Smoku i Ptaszynie". :D

I HEJ. NA DRUGIM BLOGU TEŻ POJAWIAJĄ SIĘ WPISY! :3

Rozdział 9

 ***

-Szanowna Rado! Powinniśmy na jakiś czas odłożyć wojenne strategie i zająć się następstwem na królewski tron.- kapitan zaczął zaraz na wstępie, zanim jeszcze zasiadł do stołu.
-Kapitanie!- ze swojego krzesła z trudem poderwał się burmistrz miasta.- Nie mamy czasu na tego typu zagrywki! Kto zresztą odważyłby się zasiąść na tronie w tak ciężkim okresie, skoro to smok pilnuje tego miejsca, obarczając je klątwą?!- mężczyzna zaczął sapać. Schudło mu się o połowę od Balu Pogrzebowego. Posiwiał bardziej, niż to było możliwe, wymarniał i panikował w specyficzny sposób na każdą wzmiankę o smoku. Zupełnie jakby miał coś na sumieniu.
-Gromagarze, doskonale wiem, że nie chcesz być jednym z kandydatów.- odrzekł kapitan z pogardą.
-Przecież to szaleństwo!
-Jakby nie patrzeć, ministrze Cinre, właśnie takich szaleńców nam potrzeba. Szaleńca, który zasiądzie na tronie w czasach konfliktu!- czarnowłosy nie żartował. Nawet nie miał w zwyczaju żartować, zwłaszcza na takie tematy.
-Kpisz sobie, Avido!
-Bynajmniej, Vladik. Rozesłałem już heroldów z ogłoszeniami.- Ethan spojrzał ponuro po zebranych.
-Avido! Postradałeś zmysły...
-To przez tę kobietę!
-Działasz bez zgody Rady, Ethanie.- zawrzało kilkoro z Rady, podnosząc się z miejsca.
-Nie zapominajcie, kto was do tej Rady zwołał!- czarnowłosy został wyprowadzony z równowagi, głównie przez wzmiankę o Naith, bo całej reszty haseł puszczonych z mniejszym, bądź większym oburzeniem sam się spodziewał.
-Potrzebujemy kogoś z królewskiego rodu.- głos podniosła kapłanka, Sieen.- Do tego trzeba nam ludzi z innych królestw, a na chwilę obecną nikt nie chce zadzierać ze Starszymi. Jesteśmy w sytuacji bez wyjścia. Nasz król, niech Bogini oświetla swym blaskiem jego duszę, nie zostawił nam innego rozwiązania, jak znaleźć wystarczająco szaloną osobę, by choć reprezentowała nas na polu bitwy w trakcie konfliktu.- kapłanka sprawiła, że w sali zapadła cisza. Jej spokojny ton głosu dawał wszystkim do zrozumienia, że zgodziła się właśnie z poglądami kapitana.
-Dziękuję ci, kapłanko.
-Nie dziękuj, chłopcze.- staruszka spokojnie przeciągnęła swoje spojrzenie po zebranych.- Nawet ja nie widzę innego wyjścia z sytuacji, a długo już chodzę po świecie.

***

Nie minęło pół miesiąca, jak zaczęli się zjeżdżać kandydaci na stanowisko króla. Śmiałków nie brakowało. Miasto dotąd wyludnione, poczęło zapełniać się bogatszymi rodzinami, które wraz z kandydatami na władcę, zwoziły do miasta swój dobytek w obawie przed grabieżami w rodzinnych stronach.
Naith, która już chyba na stałe przyjęła to imię, podeszła do kapitana bezszelestnie. Stał na dziedzińcu, obserwując Szaleńców, popisujących się między sobą budową ciała, znajomością języków, wielkością sakwy.
-Wykonałeś kawał dobrej roboty, Ethanie.- odparła na jego niezadowolone cmoknięcie.- Dlaczego jeszcze nie zaczynacie?- spytała, poprawiając poły sukienki, którą kupiła niedawno na targu. Kapitan zmrużył tylko oczy, zerkając ukradkiem na niebo.- Sądzisz, że się pojawi?
-Jestem tego pewien. Nie mam tylko pojęcia kiedy.
-Na ten moment nie powinniśmy się martwić smokiem. Cieszę się, że wziąłeś me słowa pod uwagę.- położyła dłoń na jego ramieniu. Przymknął na chwilę oczy. Odetchnął spokojniej, by za chwilę odezwać się do zebranych. Naith odsunęła się posłusznie jak cień.
-Jak widać, śmiałków na objęcie tronu jest wielu! Każdego, kto zechce zasiąść na tronie zapraszam do Sali Tronowej, a tam odbędzie się przesłuchanie, na podstawie którego wybierzemy najodpowiedniejszego z Was!- kapitan wskazał gestem drogę misternie ubranym kandydatom.
Gdy tylko wszyscy zebrali się w Sali Tronowej, ostrożnie przechodząc przez złotą bramę, można było zacząć przesłuchanie.
Naith również w nich uczestniczyła, ale jako świadek, oraz dlatego, że członkowie Rady wybrali z ludu grupę, która miała wedle swego upodobania ocenić czy dany szaleniec nadaje się na ich króla.
Napięcie panujące na Sali dało się chyba odczuć nawet poza murami miasta. Każdy z przestrachem zerkał w okiennice, wyczekując pojawienia się smoka. Zoe, zachowywała się na tyle swobodnie, że dodawała tym otuchy niektórym z loży doradców, którzy jednak z nie mniejszym przerażeniem w oczach reagowali na fakt, że dziewczyna opiera się o złote wrota, jakby nie pamiętała tamtego wieczora. Jednej z kobiet wyjaśniła, że to swojego rodzaju terapia po stracie przyjaciela. Nie uwierzyła...

Kolejni ochotnicy wychodzili na podium, żeby przedstawiać się z jak najlepszej strony. Zdecydowanie poprzeczkę wyżej niż poprzednicy. Coraz śmielej obiecywali dobrobyt przyszłym podwładnym, lepsze zarządzanie funduszami królestwa i wszelkie inne zmiany. Rada natomiast między zażenowaniem, a dezaprobatą zaczęła okazywać znużenie, gdy tylko słyszała hasło "finanse"
-Co wy możecie mówić o finansach królestwa? Podobno skarbiec jest przeklęty! Jak niby chcecie zarządzać złotem, skoro, przypominam, jesteśmy w stanie wojny, drodzy kandydaci.- Naith odezwała się nieproszona.
-Bezczelna...- wydusił z siebie minister Cinre.
-Zadałam pierwsze i ostatnie pytanie z mojej strony, ministrze. Kieruję je do wszystkich zebranych.- jej głos z każdą następną chwilą nabierał pewności siebie. Zwłaszcza w momencie, w którym kilku jej sąsiadów wsparło pytanie swoim "no właśnie", albo "dokładnie". Nikt nie miał jednak odwagi by je zadać, w obawie przed smokiem.
Zoe odepchnęła się od wrót. Spojrzała na swoje ręce dość teatralnie i odetchnęła z ulgą, dodając otuchy reszcie, bo przecież nic jej się nie stało. Grą aktorską zdążyła się już wprawić, bo miała na to sporo czasu.
-Żaden z Was nie obawia się smoczej klątwy?- swój głos zabrała kapłanka, skutecznie odwracając uwagę od biednej Naith. Kilkoro Szaleńców jakby się wycofało, niepewnie przestępując z nogi na nogę.
-A czy pozostali z Was będą w stanie dać królestwu silne potomstwo?- Sieen kontynuowała swoje. Na twarzach trzech Szaleńców pojawił się dziarski uśmieszek. Widać niejedną dziewkę brali już w obroty. W tym samym momencie jednak wszystkim zrzedły miny i jak jeden mąż zebrani padli na kolana, gdy poza murami zagrzmiało.
-Doprawdy, zaskoczeniem jest, dlaczego pytacie tych dziarskich chłopców o to, czy dadzą królestwu potomstwo!- oddech smoka roztopił świeżo wstawione okiennice, pozwalając mu wkroczyć na Salę. Ethan poderwał się z miejsca, ignorując fakt, że wszyscy klęczą z niewiadomych powodów i wcale nie przeszkadzało im, że mogą się sami podnieść i rzucić do ucieczki.
-Jakie inne pytania mamy zadawać?! Ludzie się ciebie boją, kreaturo!- Ethan w każdej chwili był w stanie dobyć miecza, żeby choć spróbować się wybronić. Złoty Smok wyszczerzył zębiska, rozejrzał się po sali i spoczął wzrokiem na kapitanie, zbliżając się do niego.
Tłum zaszumiał niczym las w wietrzny dzień; Kilka kobiet, w tym Zoe wydało z siebie stłumiony okrzyk.
-Nie zrobisz tego...-wyszeptało bezgłośnie dziewczę z blizną na powiece, lustrując postać smoka.
-Dam Wam warunki, które muszę spełniać kandydaci! Tych tutaj z chęcią zjadłbym na przystawkę, ale gustuję w delikatniejszym mięsie.- zagrzmiał smok. Kilkoro Szaleńców pomdlało, w obawie o swoje życie.- Doprawdy, to mają być kandydaci?- parsknął smok.- Chcę kobiety na tronie.
-To niemożliwe!
-To moje warunki!- prychnęła bestia.- Czyżby coś było nie tak?
-Kobiety są zbyt słabe by wytrzymać tą presję.- stwierdził kapitan, ściągając brwi.
-Powiedział człowiek, który niejednokrotnie sugerował się zdaniem takowej kobiety.- smok ukłonił się w kierunku Zoe, a ona wycofała się gwałtownie, odbijając się od przeklętych wrót. Chcąc nie chcąc, skupiła na sobie uwagę wszystkich zebranych. Mało brakowało, by wymusiła na sobie łzy. - Burmistrz i kilkoro ministrów knują za plecami kapitana spisek. Dobrze by było się przyjrzeć, kogo macie w szeregach, panie Kapitanie. Połowa zebranych tu kmiotków, to ich ludzie.- Smok przymknął oczy i skinął głową, jakby dawał znać Avido, że nie musi mu dziękować za przysługę.
-Łżesz, smoku!- odezwał się Cinre, szczerze urażony.
-Uderz w stół, starcze, a nożyce się odezwą.- kontynuował smok, wyraźnie niezadowolony z arogancji starca.- Zgłoście na tron kilka kobiet. Sam wybiorę właściwą.
-Po moim trupie!- zagrzmiał Cinre. Smok przymknął błękitne ślepia, po czym minister zaczął się szamotać, gdy jego kończyny pokryły się płomieniami nie do ugaszenia, pełznącymi po całym ciele, by bezczelnie wpełznąć do płuc i tam dokończyć co zaczęły.
-To się robi nudne...- potwór nie mówiąc więcej, wzbił się w powietrze i odleciał, pozostawiając przerażonych ludzi samych sobie. Minister opadł na krzesło obsmażony niczym świniak na rożnie, a jego upadek zadziałał jak uderzenie w dzwon na gołębie siedzące na wieży kościelnej. Popłoch dało się słyszeć poza zamkiem, a smoka już dawno nie było.

czwartek, 9 lipca 2015

|125| HON HON HON.

Ukończyłam Wiedźmina 3 i nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Na dworze było tak gorąco, że miałam ochotę się rozpłynąć w wiaderku i żeby ktoś wlał mnie do zamrażalnika.
Teraz jest spoko. Ładne burze przeszły.
'Za tydzień zacznę urlop.
We wtorek idę do dentysty.
Ciekawe ile tym razem ode mnie zgarnie.
Sporo już na to poszło, a muszę sobie rozplanować jak i kiedy się w końcu wybiorę do Warszawy, a potem zaraz do Gdańska.
Jedyny taki urlop w roku, trzeba go wykorzystać i niech lepiej pogoda dopisuje.
A potem? Potem zacznę odkładać na nowy obiektyw do aparatu, jakiś z lepszym zoomem, bo mi szkoda mojego Nikona. Nie chcę, żeby się kurzył.

Znów czytam Katekyo Hitman Reborn.


D'aww~ Czyż on nie jest przeuroczy?
Mój Lambo ♥
Wciąż nie mam pojęcia dlaczego ludzie narzekają na pierwszy Arc mangi i animu.


Reakcja Hayato jest najlepsza xD

A z urlopu będą zdjęcia na pewno, bo zamierzam wziąć aparat ze sobą :3
Jeszcze przed urlopem rozjaśnię trochę moje ombre. Mam już upatrzony fioletowy toner do włosów i nic tylko czekać na wypłatę.






A dajcie mi w komentarzu listę pięciu rzeczy, które mogłabym umieścić gdzieś na rysunkach?

P.S.
Opowiadanie o Smoku i Ptaszynie jeszcze się rozkręci.


Żyję i póki co bez odbioru.
CYA!



czwartek, 26 marca 2015

|124| kropka. kropka. kropka.

Notka raz na miesiąc. Naprawdę.

Dni umykają mi jeden po drugim jak mgnienie oka. Tracę poczucie czasu, nie wiem, jaki jest dzień tygodnia. Trochę, hm, nawet bardzo mnie to niepokoi, bo wpadłam w niezbyt ambitną rutynę.
Co ja gadam...
ŻADNA RUTYNA NIE JEST AMBITNA.
O braku jakiegokolwiek dobrego samopoczucia nie wspomnę.
Jak mogę w sumie częściowo podsumować marzec? Zleciał mi cholernie szybko i wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że źle się czuję.
Psychicznie.
Mam nowe okulary. Po czterech latach nadszedł czas by je wymienić.
Chyba wyglądam w nich lepiej. Na pewno jest inaczej, bo są większe, mimo iż wada wzroku mi się nie pogłębiła postanowiłam je zmienić.





Wiosna przyszła. Yay.
Absolutnie jej nie wyczuwam.
Coraz częściej chodzę na samotne spacery. Przestaje mnie wszystko obchodzić.
Żeby jeszcze brak uśmiechu był chwilowy, a mnie się najwidoczniej w ogóle baterie wypaliły.
Irytujące.

Do uczytania, ludziska.
:I

niedziela, 22 lutego 2015

|123| Raz, Dwa, Trzy i Raz, Dwa, Trzy...

Wytańczyłam się. Wesele było niesamowite. Wszystko będzie mnie boleć chyba jeszcze przez najbliższy tydzień. NAPRAWDĘ.
Zdjęć jako takich sama nie robiłam, nie chciałam. Wolałam cieszyć się chwilami radości z rodziną niż pstrykać zdjęcia. Od tego był fotograf i zdjęcia też będą wywołane do albumów. Nie na płyty, nie będzie filmu, będą klasyczne zdjęcia, czyli to, co najbardziej odświeża pamięć.
Nic to! Ślub i wesele było, teraz zostały wspomnienia i to, co się z tego z czasem urodzi :3
Jeszcze tydzień i zacznie nam się marzec.  Dwa tygodnie do wypłaty. Miesiąc i wiosna.
Tak, narysowałam samą siebie. Tak mniej więcej wyglądałam w weselnej sukience. ^^
:3

Wah! Jak ja nie potrafię opowiadać. No, cieszę się.
Kolejny rozdział "O Smoku...", maybe?
No to bierzcie i czytajcie z tego wszyscy~ :D

Rozdział 8

Zoe miała od tej pory zamieszkać u kapitana. Sam jej to zresztą zaproponował i nalegał, mimo, że dziewczyna nie chciała skorzystać z pomocy. Udawanie przyjezdnej w zasadzie nie szło jej ciężko, ale przecież w każdej chwili mogła się spakować i wyjechać z miasta. Wrócić tam, skąd przybyła.
-Możesz korzystać z mieszkania do woli. Gdybyś miała jakiś problem, wiesz gdzie mnie znaleźć.
-Ethanie, nie chcę się narzucać. Na zamku macie chyba większy problem. Zdaje się, że ten smok nie żartował.
-Smoki nigdy nie żartują. A ten dziwnie się w ciebie wpatrywał.- zauważył kapitan. Dziewczynę zmroziło przerażenie.
-Przecież pożarł Arena, a mógł się czaić na mnie.- głos jej zadrżał. Ethan pożałował tego, co powiedział. Za wcześnie jeszcze by poruszać tego typu tematy.
-Dlatego nalegam, byś mieszkała tutaj. Dopóki sytuacja ze smokiem się nie uspokoi.- wyjaśnił, zabierając od Zoe bagaż.

Złote wrota do sali tronowej, w której odbył się nieszczęsny Bal Pogrzebowy miały wszystkim przypominać o klątwie, która od tamtego dnia krążyła nad miastem.
Smok jednak długo się nie pojawiał. Zastępcy na króla również ze świecą było szukać, bo nikt się na takiego nie zgłaszał. Dopiero po pochówku, niepewni śmiałkowie zaczęli się zjeżdżać do miasta, by zostać przesłuchanym przez samozwańczą Radę, na której czele stał kapitan straży, Ethan Avido.
W jej skład wchodziło kilkunastu doradców wojskowych z różnych części królestwa. Przewodnim tematem obrad nie było jednak znalezienie następnego króla, a przygotowanie do wojny ze Starszymi.
Zamach na Króla wprawił wszystkich w bojowy nastrój. Chęć zemsty, obrona honoru królewskiego nazwiska i bunt wśród ludności wystarczająco napięły sytuację w stolicy. To z kolei dawało się we znaki również na granicach.

Zoe przyzwyczaiła się z czasem do nowego imienia i sposobu zachowania. Coraz częściej jednak była zaczepiana przez ludzi, wyzywana od ladacznic, grożono jej niejednokrotnie. Starała się to ignorować, dopóki kapitan nie zaczął wysyłać za nią ochrony, gdy tylko wychodziła do miasta. Wtedy też zaczął się prawdziwy raban. Zaczepki stały się agresywniejsze, dochodziło nawet do przepychanek z ludźmi, których znała od kołyski, a jednak oni jej nie poznawali. Chcąc uniknąć przykrych kontaktów zaczęła wymykać się w nocy, kierując się na skraj miasta.
Złoty zostawił ją bez słowa wyjaśnienia, więc zaczęła działać na własną rękę. Skoro kapitan nie robi nic w kierunku znalezienia osoby na tron, ona znajdzie kogoś innym sposobem. Wiedziała, że porywa się z motyką na słońce, jednak warto było spróbować. Stanęła przed wejściem do jednego z mieszkań. Jeden z drabów spał smacznie, pijany i nie zwrócił nawet uwagi, gdy Zoe głośno wypuściła powietrze z płuc, żeby pozbierać myśli i przygotować się do działania. Wiedziała, że będą tu siedzieć. Nie miała jednak pojęcia, jak się w stosunku do niej zachowają.
Otworzyła drzwi z impetem. W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Wkroczyła do środka i trzasnęła drzwiami równie gwałtownie, słysząc, że drab na zewnątrz wybudza się z głośnym chrapnięciem.
-Coś ty za jeden?!- odezwała się osoba, która miała tu być. Zoe w płaszczu ruszyła dalej, wgłąb pomieszczenia, by stanąć przed przywódcą bandytów.- Odpowiesz, czy zabrakło ci języka w gębie?!
-Chcę z Tobą porozmawiać, Raymondzie.
-Nie ma tu nikogo takiego jak Raymond.- odburknął, dając znak kilku swoim ludziom, by pozbyli się niechcianego gościa. Zrzuciła kaptur z głowy. Raymond wstrzymał drabów.- O czym chcesz rozmawiać?
-O dzisiejszej sytuacji w królestwie. Filozofom się nie śniło, co się teraz tam dzieje. Nie interesuje Was to?- napomknęła.
-Jak długo nie kłóci się to z naszymi interesami, nie mam z tym żadnego problemu, ślicznoto.
-Tak więc, Raymondzie, proponuję Wam układ, a w zasadzie rozwiązanie sytuacji, która się z pewnością niedługo wywiąże.
-Zapewne miałabyś nami dowodzić w tej sprawie? O nie, nie. Prędzej dałbym się złapać strażnikom, którzy zaraz tu pewnie wpadną, bo łażą za Tobą dość nieudolnie się pokazując. Nie jesteś u siebie i radzę Ci dobrze, nie rozkręcaj się, bo marnie skończysz w którymś z zaułków.- Raymond bawił się sztyletem, gdy do niej mówił, co jakiś czas kierując jego ostrze w jej stronę, jako ostrzeżenie. Spojrzał na nią. Skrzywiła się, przymknęła oczy na chwilę by za moment zacząć rozpinać swój płaszcz. Przywódca bandytów uniósł brwi, które schowały się po chwili pod szkarłatną chustą przewiązaną na czole.
-W takim razie chodź się bić.- jednym ruchem smagnęła płaszczem jego dłoń, wytrącając mu sztylet z uścisku i wyrzuciła go gdzieś pod publikę.
-Nie masz szans, panienko!- zmusiła Raymonda do podniesienia się z miejsca, a to już było coś. Uśmiechnęła się pod nosem.
-Zobaczymy.- dawno się tak swobodnie nie czuła. Niczego nie podejrzewający bandyci zdecydowanie nie byli w stanie jej rozpoznać.
-Jeżeli uda Ci się uderzyć mnie w twarz, bardzo możliwe, że Cię wysłucham, paniusiu. Jeśli jednak nie zdołasz tego zrobić o czasie, będziesz moja na dzisiejszą noc.
-Kiedyś też tak mnie straszyłeś.- wyrwało jej się. Raymond zignorował to. Zoe przeszła do miejsca, w którym zwykle wszyscy ustawiali się do bitki.
Niewiele trzeba było by  jej stary znajomy zaszarżował na nią. Niewiele też brakowało, by prawie przygwoździł ją do ściany. Umknęła mu na drugi koniec pomieszczenia. Uniosła gardę, czekając na jego kolejny ruch. Znała jego techniki dostatecznie dobrze.
-Nie przyszłam tu po to, żebyście oddali się w ręce strażników. Można ich zresztą z łatwością zgubić.
-I tak by im się nie udało.- Raymond wyciągnął kolejny sztylet zza pazuchy. Zbliżył się do niej. Miał już się zabierać za kolejny zamach, gdy dziewczyna zrobiła zwrot, chwyciła za butelkę i rozbiła ją o kant stołu. Ktoś krzyknął, żeby Raymond w końcu ją powalił. Reszta zaśmiała się i gwizdała na brunetkę, próbując ją rozproszyć.
-Będzie ci przyjemnie tej nocy.- szef oblizał wąskie usta, uśmiechając się szyderczo. Chciała wykorzystać moment jego nieuwagi, ale przerzucił ją nad sobą. Wpadła na stół i ześlizgnęła się z niego na podłogę, szamocząc się chwilę w bezdechu. Raymond usiadł na niej, ale zanim zdołał zablokować jej dłonie, rozbita butelka powędrowała ku jego szyi. Zatrzymał się na chwilę, zbity z tropu. Szkło upadło na podłogę, a pięść wylądowała na jego twarzy. Odchylił się mimowolnie. W pomieszczeniu zapadła cisza. Warknął groźnie i w mgnieniu oka machnął uzbrojoną w sztylet ręką wbijając go tuż przy uchu dziewczyny, lustrując jej twarz jeszcze przez dłuższą chwilę. Wpatrywała się w jego oczy, próbując odczytać wszelkie intencje potencjalnego wroga. Poniszczoną słońcem i bliznami twarz rozjaśnił po chwili śmiech Króla Podziemi.
-Brawo! Miałaś szczęście.- podniósł się i podał jej rękę. Nie chwyciła jej, wiedząc doskonale, czym to się może skończyć.
-Oboje znaliśmy kogoś, kto miał podobne szczęście, Ray.
-Nie spoufalaj się!- zmrużył oczy, grożąc jej znów ostrzem.
-Zoe wpadła w kłopoty, a wy jej nie pomogliście.
-Zoe? Ona działała na własną rękę! Skąd wiesz o istnieniu takiej osoby?
-Bo zaginęła w trakcie ostatniego ataku smoka.
-Wielu naszych wtedy zginęło. Co z tego?!
-A to, że stoję tu przed Wami.- uśmiechnęła się pewnie.
-Masz jaja, żeby się tu zjawiać i podszywać pod jednego z naszych, zdziro.
-To nie jest bujda.- rozpięła kamizelkę i podciągnęła koszulkę, by pokazać mu bliznę po strzale jednego z ludzi kapitana.
-Masz tupet, żeby się tu zjawiać.- podszedł do niej, przystawiając jej nóż do krtani. Rozeźliła go tym.
-Gdybym nie była jedną z Was, nie miałabym pewnie szczęścia, żeby Was tu znaleźć, skoro nawet Strażnicy nie potrafią Cię dopaść. Nie wspomnę już o tym, że nie wiedzą jak wyglądasz!
-Pieprzysz bzdury. Zejdź mi z oczu zanim Cię poszatkuję.- nie żartował. Poczuła czubek ostrza na skórze.
-Doradca króla przygarnął mnie i opatrzył. Towarzyszyłam mu w ramach przysługi. Obiecał mi krocie za jedną noc na balu, a już go nie ma. Słyszałeś, że pożarł go smok?- w porę wymyśliła sobie przykrywkę. Zaskakująco lekko jej to szło.
-Jak wyjaśnisz to, że kapitan obserwuje Cię na każdym kroku?- mężczyzna wycofał się, chwycił kufel piwa i rozsiadł się przy stoliku obok, wyciągając nogi na blat.

-Nie poznał mnie. Wy też najwidoczniej macie z tym problemy.
-Uważaj na...
-Słowa? Od kiedy uważa się tu na słowa?! Raymond, pamiętasz kiedy wysłałeś mnie po dwie flaszki najlepszego wina? Teraz mogę Ci załatwić stokrotną ilość tego, co sobie zażyczysz, ale potrzebujemy nowego króla, bo kapitan zeświruje całkowicie i doprowadzi nas tym do ruiny. Już nie jest kolorowo.- zdmuchnęła kosmyk włosów z czoła.- Rada nie spieszy się z poszukiwaniami. Ludzie są niespokojni, a bez jakiejkolwiek władzy, stracimy na tym wszyscy. Rozpuśćcie wici na ten temat.
-Szukanie następcy to pożywka dla smoka! To miasto już jest przeklęte.
-Osobiście wolałabym się udusić w złotej trumnie niż stać się niewolnicą Starszych!- wycedziła przez zęby, stając twardo na ziemi i zaciskając pięści ze wściekłości.- Decyzja należy do Was, durnie!- odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wyjścia.
-Nie tak prędko! Co nam przyjdzie z tego układu?- Raymond zaszedł ją od tyłu, jak cień. Zaiste, tytuł Króla Podziemi należał do właściwej osoby.
-Więcej do zyskania, aniżeli do stracenia. Z drogi, Darryll.- zmierzyła jednego z tarasujących jej drogę. Ustąpił jej miejsca bez słowa.
Odetchnęła głębiej, gdy tylko opuściła pomieszczenie. Chwilę potem skierowała swe kroki na skarpę, na której pierwszy raz miała styczność ze smokiem. Usiadła na jej krawędzi, opierając się o pień solidnego drzewka. Wpatrywała się w przepaść i przestrzeń ponad nią, zastanawiając się, czy dobrze zrobiła, spotykając się z bandytami i zdradzając im swoją tożsamość.
-A mogłabym po prostu wyjechać z miasta i mieć gdzieś, co tu się wyprawia.- westchnęła.
-Obawiam się, że nie taki był nasz plan.- usłyszała za sobą. Przebiegły ją zimne dreszcze.
-Złoty...-chciała się obrócić, by na niego spojrzeć.
-Ćś...- zakrył jej usta dłonią.- Moja droga Zoe.- szepnął jej do ucha, nie pozwalając na siebie spojrzeć. Teraz zrobiło jej się gorąco. Odsunęła jego dłoń od swoich ust. Tym razem już nie miała zamiaru na niego spojrzeć.
-Przestań się bawić w kotka i myszkę. Wiem, że to Ty, Smoku.- mruknęła z dozą pretensji w głosie.
-Już się mnie nie boisz?!- zaśmiał się.
-Ten parszywy głos rozpoznam wszędzie.- odburknęła. Nie przyzna się przecież, że obawiała się o jego powrót, albo co gorsza, że zaczęła tęsknić. Wzdrygnęła się, przeszyta zimnym dreszczem. Czuła na sobie jego lubieżne spojrzenie.- Jaki masz plan?
-Zobaczysz niedługo, moja droga Zoe, albo może, moja kochana Naith.- zaśmiał się po raz kolejny. Blizna na twarzy zapiekła ją, gdy tylko wypowiedział jej fałszywe imię. Dał jej tym samym do zrozumienia, że ma się trzymać tej tożsamości. Skuliła się z bólu, zaciskając powieki.

Gdy je otworzyła, była w sypialni. Kapitan siedział w fotelu, czytając jakieś dokumenty.
-Nie powinnaś chodzić sama po nocach. Moi ludzie znaleźli Cię drzemiącą na ławce w mieście.
-Musiał mnie znużyć spacer.- wyjaśniła szybko. Kapitan tylko na nią zerknął i pokręcił głową z dezaprobatą.
-Widzę, jak traktują Cię ludzie za dnia. W nocy tym bardziej nie jesteś bezpieczna.
-To mój problem.
-Moim obowiązkiem jest chronić obywateli tego miasta.- odparł chyba nieświadomie, zanurzając się znów w papierach.
-Kapitanie. Odnoszę wrażenie, że mylisz się w zeznaniach. Widzę, w jakiej wszyscy jesteśmy sytuacji. Nie skupiaj się na mnie. Musimy chyba znaleźć następcę na tron?
-Ludzie boją się smoka. Chodzą bujdy odnośnie tego...-westchnął, odkładając dokumenty na stół.
-Jakie bujdy?
-Każdego chętnego podobno smok ma zamieniać w posąg ze złota.
-Przecież do tej pory nic takiego nie miało miejsca!- ściągnęła brwi.
-Tych, którzy pokusili się na królewskie skarby spotkało coś takiego. Sądzisz, że władza w tych czasach opiera się tylko na rządzeniu? Jesteś naiwna, Naith.- Ethan uśmiechnął się pobłażliwie, przecierając zmęczoną twarz ręką.
-Nawet nie zaczęliście poszukiwań.- Zoe wstała z łóżka, wciąż w ubraniu, zarzuciła na siebie koc i przeszła przez chłodny pokój, by oprzeć się o fotel, w którym siedział kapitan. Odchylił się z westchnieniem.
-Może masz rację. Musiałbym to zgłosić Radzie.- wyrzucił z siebie, zerkając na nią.
-Nie wypada mi się wtrącać, oczywiście, ale Rada za bardzo skupia się na wojnie.- odwróciła wzrok, zatrzymując go na świeczniku.- Bez przywódcy nasze królestwo nie będzie miało szans.
-Upadłoby i bez pomocy smoka.- sarknął.
-Z tego, co udało mi się wywnioskować z twoich opowieści, smok może być naszą mocną stroną. Jeśli następca mu się spodoba, zyskamy przewagę, a do tego czasu lepiej chyba rozdzielić skupienie na obie sprawy, nie uważasz?
-Kobieca intuicja, co?- uśmiechnął się, mrużąc oczy.
-Kwestia niekoniecznie rozsądnego myślenia.- skwitowała.
-Zobaczę co da się zrobić...



~~~~
I jak? Podobało się? :3
Mam nadzieję, bo kolejny rozdział czeka już, żeby go opublikować :D

See ya, mate!

środa, 4 lutego 2015

|122| Luty, luty, Walentynki i Walęwódę

Zmieniłam szablon bloga? TAK.
Ładny, co? W końcu coś w innych kolorach, bo tamten już mnie z lekka przytłaczał.
Styczeń minął dość szybko. Do wypłaty jednak się strasznie dłuży, tym bardziej, że cały zeszły miesiąc i na pewno w tym tygodniu jeszcze będę siedziała w zakładowym magazynie, bo w naszym oddziale nie ma tyle pracy. Zostałam odesłana niespełna miesiąc temu przez kierownika z hasłem: "na dwa, góra trzy dni".
Czyżby o mnie zapomnieli?
NIEWAŻNE. WYTRZYMAM W TEMPERATURZE 10 STOPNI PRZEZ OSIEM GODZIN.
CO MI TAM.
Coraz bliżej Walentynki. Osobiście, strasznie irytujące "święto". Mimo tego mam nadzieję, że będę się dobrze bawić, bo idę na moje pierwsze w życiu wesele. Do kuzyna :D
Kreację mam zakupioną, urlop zaklepany... Mam nadzieję, że się tylko nie rozchoruję, bo będę cierpieć z tego powodu. ;-;

Jest taka, a jak wykonam w niej obrót, pięknie się podnosi (czyt. widać gatki) ♥
Przecudna ostatnia sztuka zdjęta z manekina i pasowała idealnie ♥

Tak, to chyba tyle, co chciałam powiedzieć.
Do uczytania, a rozdział o Smoku i Ptaszynie pojawi się w nowej notce ^^







czwartek, 1 stycznia 2015

|121| Szczęśliwego Nowego!

Tak, tak. Sylwester za nami. Mamy Nowy Rok i czas się znów przyzwyczaić do pisania nowej daty.
Oby następny rok był lepszy pod wieloma względami. A wiem sama, że to i tak nic nie zmieni, bo to żadna magiczna data.

ANYWAY.
Obiecałam w poprzedniej niby-notce, że napiszę tu kolejny rozdział opowiadania i tak zrobię.

Rozdział 7

"Złoty Ląd"
Smok wyprostował się dumnie. Burmistrz, wystraszony, wyminął go tylko i niemalże podbiegł do kapitana straży. Mężczyzna zlustrował tylko biegnącego w jego kierunku staruszka i zapytał, co się stało.
-Kapitanie! Okradziono zamek z kosztowności! Sprawcy są gdzieś na sali balowej! Na pewno nie zdążyli uciec!- gdy Gromagar zagrzmiał, po sali przemknął pomruk zaskoczenia i teatralnego wzburzenia.
-Nikt więc nie ma prawa opuścić sali, dopóki nie znajdziemy sprawców! Obstawić wyjścia z sali. Wszelkie próby ucieczki będą karane aresztem!- Ethan z wyższością przesunął wzrokiem po zebranych. Widać było, że nawet burmistrz nie robi na nim szczególnego wrażenia. Nie dziwota, skoro miał sposobności na ukaranie kogokolwiek bez posiadania dowodów. Zresztą burmistrz trzymał swoją posadę tylko dlatego, że nie wchodził kapitanowi specjalnie w drogę, a swoje za uszami miał. Tak więc, zazwyczaj rubaszny chłop, skulił się jak pies i skrył się w cieniu dostojnego kapitana.
Złoty w tym samym czasie położył dłoń na ramieniu Zoe.
-Moja droga. Zwróć uwagę na jego pozycję. Zdaje się, że nasz kapitan poczuwa się sam w roli ważniejszej niż burmistrz.- przyglądał się dalej ciemnowłosemu. Ich spojrzenia się spotkały, przez co Ethan zmrużył podejrzliwie oczy i przeniósł wzrok na Zoe. Gdy tylko się zorientowała, oblała się rumieńcem. Złotooki uśmiechnął się więc, delikatnie unosząc brew.- Masz go w garści, moja Naith.
-Wykorzystujesz mnie.- dziewczyna odepchnęła rękę Drakonity ze swego ramienia, a on tylko przemieścił rękę na jej opatrzony bok.
I tak śledztwo trwałoby w najlepsze, gdyby nie szum w jadalnej części sali.
-Złodziejka!
-Ach! Cóż to za obelga?!
-Złodziej!- wrzasnął ktoś z drugiego końca sali.
-Królewskie złoto! To oni!- robiło się coraz głośniej. Tłum rozstępował się, by wskazywać sprawców.
-Peseo! Jak mogłaś mnie tak oczernić!- wydało się z gardła Khrana, właściciela najlepszej, królewskiej restauracji. Skrzydło Gryfa straci dzisiejszego wieczora większość klienteli.
-Strażnicy! Brać ich!- rozkazał kapitan. Kobiety i mężczyźni, którym smok podrzucił błyskotki, zdawali się nie wiedzieć o co chodzi. Wyglądali przy tym jakby mieli zaraz postradać zmysły. Złoto posypało się na posadzkę. Smok zaciągnął dziewczynę na podest tuż obok tronu, by lepiej wszystko widzieć. Może i się nie uśmiechał, ale ten widok sprawiał mu wiele satysfakcji.
-To nie ja, kapitanie! Błagam! Ktoś mi to podrzucił!- próbowali się tłumaczyć, jeden przez drugiego. Ethan gardził nimi.
-Któż mógłby to zrobić? Duchy tamtych władców?!- niemal się zaśmiał.- Za tego typu zbrodnię, osobiście odrąbuję palce u rąk.
-Nie, tylko nie to!-Pesea skryła pulchne dłonie obładowane pierścieniami od męża. Po chwili z zapałem godnym duszącego się, zaczęła szarpać się z kolią, która nie chciała się odpiąć.- Zdejmij to ze mnie, skarbie!- pisnęła w panice. Jej mąż odsunął się.
-Jak mogłaś, Peseo?! Przecież niczego Ci nie żałowałem.
-Dlatego zaleca się pilnować jedynie jednej damy podczas balu, miły panie.- odparł na to kąśliwie złotooki. Khran pobladł, by za chwilę zalać się soczystą purpurą oburzenia. Nie odezwał się jednak, skoro doskonale wiedział, o co chodzi.
Po chwili ciszy, przerywanej szamotaniną Pesei dało się słyszeć krzyki strażników i większą szamotaninę, gdzieś na korytarzu.
Na salę chciał ktoś wejść.
Dziewczyna ścisnęła Drakonitę za rękę. Przeczuwała, co się zaraz stanie. Domyślała się kto i z jaką informacją zjawi się zaraz w sali balowej, i przede wszystkim, co to oznacza dla niej.
Wycieńczony posłaniec legł na kolana, gdy tylko przekroczył próg sali balowej. Jego brudne, lepiące się od czegoś ubranie, kleiło się do wyczerpanego ciała.
-Król... Król nie żyje!- wydał z siebie okrzyk i padł na twarz, nieprzytomny. W tym momencie nawet Pesea przestała się szamotać z klejnotami. Kapitan straży wyprężył się jak kot i spoważniał jeszcze bardziej. Doskonale słyszał o czym mówił posłaniec. Spojrzał na Naith, która pobladła znacznie, ściskając z wrażenia ramię Arena. Odchrząknął, odwrócił się na pięcie od Pesey, przemaszerował przez salę, trzymając dłoń na rękojeści ozdobnego sztyletu, chciał sprawdzić, kim był ten chłystek. Nachylił się nad leżącym i odwrócił go na plecy. W miejscu, w którym leżał zdążyła się zrobić kałuża krwi.
-Wynieście go stąd!- rozkazał.- I przeszukajcie. Może ma coś, co potwierdzi tą informację.- dodał chłodno, prostując się. Wytarł dłoń w serwetkę, którą podał mu zaraz jeden z podwładnych.
-A teraz lekko Cię zaboli.- odezwał się nagle smok, szepcząc Zoe do ucha. Sekundę później nastąpił wybuch. Posypało się szkło z witraży nad tronem i dziewczę zostało rzucone przez salę tuż pod nogi kapitana.
Z kłębów dymu wydobył się słup ognia, rozpływający się tuż pod sufitem. Postrzępione smocze skrzydła zajęły pół sali wprawiając oniemiały tłum w panikę.
-Bezkrólewie to piękne czasy!- smok zamknął wrota, zalewając je i ludzi, którzy za nie chwycili płynnym złotem. Złote posągi jęczały jeszcze przez chwilę panicznie, by zastygnąć na dobre w bezdechu.
-Do broni!- wrzasnął Ethan- Osłaniajcie ludzi!- sam okrążył Naith i osłonił ją własnym ciałem.
-Cóż mi możecie zrobić?- łeb smoka w końcu wyłonił się z dymu. Część gawiedzi pomdlała ze strachu.- Król zostawił was bez potomstwa, testamentu. I zachciało mu się teraz umierać. Gdyby nie to, zostawiłbym to państewko samemu sobie. Nie bez powodu też nazywają mnie Złotym Smokiem.- wyśpiewał ponuro.
-To klątwa! To złoto jest zaklęte!- wrzasnęła Pesea, niemal dusząc się pod kolią, którą Drakonita sam jej na szyi zawiesił.
-Niech i tak będzie.- błękitne ślepia smoka błysnęły złowrogo, a biżuteria zacisnęła się na pulchnej szyi kobiety, by za chwilę cała ona zamieniła się w złoty posąg. Tylko jej oczy, przekrwione świdrowały jeszcze otoczenie, dopóki mogły. To samo po chwili zaledwie stało się z pozostałymi osobami.- Bez króla zrobię z tego królestwa Złoty Ląd.- warknął smok.
-I my mamy wierzyć w te bajki?!-krzyknął ktoś z tłumu.
-Uczeni też stamtąd nie wracali i niby nie wierzą w smoki, a jednak jestem tu przed wami, profesorze i właśnie zamieniam ludzi w złote rzeźby!- głos smoka zagrzmiał we wszystkich korytarzach zamku. Profesor poprawił okulary na nosie i odsunął się pod ścianę.
-Odejdź smoku! Nie mamy pewności, że król nie żyje!- zawołał Ethan. Tłum rozstąpił się na zawołanie.
-Dajcie mi więc powód, bym odszedł, bo póki co, dobrze się bawię. Znajdźcie Nowego Króla, a być może zdobędziecie mą przychylność w nadchodzącej wojnie ze Starszymi.- bestia machnęła skrzydłami i wydostała się z zamku, zostawiając wszystkich samych sobie.
Do tej pory nieprzytomna Naith, zdążyła zobaczyć tylko jak smok wpatruje się w nią na chwilę przed opuszczeniem zamku.
-Więc to pogrzeb.- kapitan, obrócił głowę, by spojrzeć na obolałą i przerażoną Naith.
-Aren! Gdzie jest Aren?!- wiedziała, że musi udawać. Smok zażyczył sobie, by taką rolę odgrywała i jednocześnie, nie była w stanie się jego woli sprzeciwić.
-Twój towarzysz zginął.- kapitan straży oraz wszyscy inni widzieli, że smok pożera Arena. Naith ukryła twarz w dłoniach. Wiedziała prawdę, wiedziała, że to on kazał im to widzieć, a jednak się rozpłakała.



I małe sprostowanko. W poprzedniej notce, pisząc o sprzęcie, miałam na myśli spełnianie starych marzeń. Lustrzankę dostałam na osiemnastkę, tak więc aparat mam już od czterech lat. :3
Wzorowane rysunki to żadna sztuka ;-;
Ładnie wyszło, ale dumna specjalnie z tego nie jestem.