Informacje

Czcionka w notce wydaje Ci się za mała?
Wystarczy przytrzymać klawisz CTRL i przybliżyć obraz strony przy pomocy rolki na myszce, bądź wciskając +.

ZANIM ZACZNIESZ...
Jeśli zamierzasz napisać, że blog jest "fajny" i nie zostawić treściwego komentarza, wskazującego na to, że notkę przeczytałeś, skieruj się do strony "Kontakt i SPAM". Jestem łapczywa i komentarze wszelakie sobie zostawię, ale będę wiedziała, że czytasz coś z bloga, zamiast się bezczelnie reklamować.

Uprasza się o nie kopiowanie treści zawartej na blogu.

©Aikoo

niedziela, 15 listopada 2015

|131| Obława

Także, ten. Jest i on, rozdział dziesiąty :3
Smok i Ptaszyna.
Zapraszam do czytania, robaczki.

Rozdział 10

***



Ethan poniesiony emocjami zignorował truchło ministra i ruszył gwałtownie w kierunku Zoe. Ludzie w panice i tak go ignorowali, więc musiał się przeciskać przez tłum.
Chwycił ją w końcu za ramię, gdy sama chciała wyjść z sali.
-Mówiłaś komuś?!- szarpnął ją za rękę. Zaprzeczyła, krzywiąc się wyraźnie.
-Komu miałabym powiedzieć?! Nie sądziłam nawet, że weźmiesz moje słowa pod uwagę!- prawie odkrzyknęła.
-To skąd się dowiedział?- rozeźlony wyraz twarzy kapitana przeraził kobietę początkowo, ale potem stwierdziła, że nie ma nic do stracenia.
-Nie wiem. Nie ja tu jestem od zadawania pytań. On jest smokiem. Może nawet teraz słyszy jak rozmawiamy.- wysyczała jadowicie.
-Brednie... Będziesz kandydować na króla.- rozkazał, mrużąc oczy. Ścisnął jej rękę jeszcze mocniej, zapewniając ją tym samym, że to nie są żarty.
-Nie ma mowy.- wyszarpnęła mu się. Nie kłamała. Nigdy nie miała takiego zamiaru. Mogła nie wiadomo jak narzekać na poprzednich władców, psocić im się, opóźniając dostawy wina i świeżych owoców. Nieważne jakie miała marzenia. Nie chciała zasiąść na tronie. Nie chciała władzy.
Smok był jednak innego zdania. W jakiś sposób potrafił ją zmanipulować na tyle, że wykonywała jego zachcianki.
-Nie wziąłbym przecież pierwszej lepszej kobiety z ulicy. To przecież niedorzeczne.- nie spuszczał z tonu. Naith prychnęła tylko.
-Żebyś ty siebie słyszał...-odparła z pogardą i wtopiła się w tłum, zostawiając osłupiałego kapitana samego.
Jeszcze nikt mu się w taki sposób nie sprzeciwił. Był zaskoczony, że jego decyzja została zignorowana przez osobę, której przecież ofiarował dach nad głową. Nie mogłaby być wdzięczna i posłuszna za to co dla niej zrobił? Znajdzie ją prędzej czy później, znajdzie i inne dziewczyny. Już bez ustawiania kandydatury.
-Ustawić ludzi w bramach miasta. Wyłapujcie młodsze kobiety i sprowadzajcie je do zamku! Wszystkie!- zagrzmiał rozkaz. Strażnicy przepychali się do wyjścia, grożąc spanikowanemu ludowi i zatrzymując ich w sali.
-Z drogi! Straż ma pierwszeństwo! Mamy rozkazy do wykonania!- krzyczeli jeden przez drugiego.

Gdy tylko Zoe wydostała się poza mury zamku, skierowała się do kwatery kapitana, żeby tam spakować swoje rzeczy.
Nieważne.
Może i smok był pociągający w ludzkiej postaci, może trochę tęskniła za jego towarzystwem, bo przecież otworzył jej furtkę do odrobiny luksusu. Przerastało ją tylko to, że była w tej grze zwykłym pionkiem.
Zrzuciła z siebie suknię i wciągnęła skórzane, podróżne spodnie. Kreacja, w której chodziła, wrzuciła do skrzyni w nogach łóżka. Nie miała zamiaru więcej włożyć jej na siebie.
Z torbą na ramieniu opuściła mieszkanie, by wkrótce zostawić za sobą i całe miasto. Blizna na powiece piekła ją tym mocniej im bardziej zbliżała się do bram stolicy. Nie była jedyna, ale widziała, jak strażnicy wyłapują w tłumie co młodsze dziewczęta, które mimo głośnych protestów rodziny, miały zostać w mieście. Zoe miała nadzieję, że jej nie wyłapią.
Zarzuciła więc kaptur na głowę i poprawiła poły płaszcza by ukryć swoje bądź co bądź kobiece kształty tak, by nie rzuciły się w oczy zbyt szybko,
-W co wy pogrywacie, panowie?- rzuciła do siebie, zdumiona, jak prędko straż zaczęła działać w tym kierunku. Takiej obławy to miasto jeszcze nie widziało.
W pewnym momencie jej uśpiona czujność pozwoliła na to, by ściągnięto ją gwałtownie w ciemną uliczkę. Już miała walczyć, gdy zorientowała się kto przed nią stoi.
-Raymond!- wydusiła z siebie zaskoczona.
-Najpierw każesz nam szukać ludzi na tron, a teraz uciekasz?!- przyszpilił ją do ściany.
-Taki mój urok, Ray.- odparła bez zastanowienia.
- Odbiło ci do reszty, Zoe.-potrząsnął nią.
-Zoe? Od teraz jestem Zoe?!- prychnęła.
-Młoda, poznałem cię od razu. Zawsze poznam tą sierocą mordę. Sam cię w końcu wychowałem.
-Teraz mówisz do rzeczy. Trochę mi się jednak spieszy. Zanim znajdzie mnie kapitan.- zerknęła tęsknie w kierunku bramy.
-Co mu zrobiłaś? Zdradziłaś się, czy co?!
-Nie. Avido chce, bym kandydowała na tron.
-Ty? W koronie?! Samozwańcza królowa złodziejaszków, hę?
-Przesadzasz.- syknęła, kryjąc piekącą bliznę na twarzy chłodną dłonią.
Gdy tylko wykonała ten gest do alejki wpadło przerażone dziewczę, potykające się o własne nogi, a za nim kilku strażników, którzy niestety zbyt zajęci byli swoimi sprawami, by zwrócić uwagę na bandytę i jego towarzyszkę.
-Mam lepsze miejsce do rozmów na ten temat.- Ray ściszył głos.
-Jakie?
-W tej chwili patrolowane są tylko obrzeża miasta i każda jego alejka. Nikt nie zagląda na dachy.- mężczyzna skinął na drabinkę nad nimi. Dłonie ułożył w koszyczek, oczekując, że dziewczyna skorzysta z jego pomocy przy skoku.
- Jeśli myślisz, że możesz mnie traktować jak dziecko, to jesteś w błędzie.- odepchnęła go na bok. Podbiegła do przeciwległej ściany, by wdrapać się na gzyms i stamtąd doskoczyć do drabiny. Znała Raymonda na tyle, że jeśli zaczęłaby uciekać i tak by ją dogonił, a jeśli on nie dałby rady, z pewnością wpadłabym na grupkę strażników, których teraz pałęta się cała chmara.
-O co ci w końcu chodzi?!
-Najwidoczniej co do jednego się z kapitanem muszę zgodzić.
-Do czego pijesz, Ray?- ściągnęła brwi, czując niepewny grunt pod nogami.
-Nie mam pojęcia jakim cudem się w to wszystko wpakowałaś, ale i tak zamierzam wybrać cię na królową.
-Chyba sobie kpisz. Nie nadaję się przecież. Myślisz, że uśmiecha mi się grać dalej kogoś kim nie jestem?
-Chyba jeszcze tyle wytrzymasz, co?- Ray uniósł głowę znacznie, patrząc na dziewczynę z wyższością. Miał to w zwyczaju zawsze, gdy chciał się o coś założyć. Zoe prychnęła, uśmiechając się z przekąsem.- Wywiążesz się z danego mi słowa?
-Mieliście kogoś znaleźć. Nie było mowy o mnie.
-W rzeczy samej! Dlatego stwierdzam, że jesteś najbardziej odpowiednim kandydatem. I zaprowadzę cię nawet do kapitana osobiście!- chwycił dziewczynę za ramię i szarpnął w kierunku krawędzi.
-Dam sobie radę sama!- pisnęła, kurczowo chwytając się jego dłoni.
-To przekaż kapitanowi wiadomość ode mnie.- Ray sprowadził Zoe na stabilne podłoże i dał jej kopertę z nazwiskiem Ethana.- Idź prosto do niego. Powiedz mu, że przemyślałaś sprawę i daj mu tę kopertę.

Fakt, sprawa była oczywista.
Jeśli nie kapitan, znajdzie ją Ray. Jeśli nie Ray, dopadnie ją Smok. Była w kropce, przyciśnięta do muru przez trzech wpływowych mężczyzn. O jednostronnym układzie z tym ostatnim reszta nie miała jednak pojęcia.
Stanęła przed wejściem do gabinetu Rady. Blizna przestała ją piec. Rozejrzała się jeszcze ukradkiem, obserwując te wszystkie zapłakane dziewczęta mniej więcej tego samego wieku, co ona.
Wyprostowała się, krzywiąc się na ten żałosny widok. Miała gdzieś, jak zareagują na nią w środku. Może i była nikim ważnym. Na pewno nie była osobą, która mogła o tym decydować. Wiedziała jedno - tak się nie robi. Uderzyła w drzwi kilkukrotnie z narastającym gniewem i wkroczyła do środka bez zaproszenia.
-Co wy sobie wyobrażacie ściągając tu te wszystkie kobiety?!- krzyknęła na wstępie.
-Naith! Nie zezwoliłem Ci tu wchodzić!- Ethan podniósł się z fotela. Kilkoro z Rady wymieniło się spojrzeniami.
-Gdyby nie to, że posuwacie się do terroru, już dawno byłabym poza miastem. I wiesz co, Ethan? Udało Ci się. Stanę przed Smokiem i nawet masz w tym równie wpływowego sojusznika.- przeszła przez pomieszczenie, ignorując obecność innych członków Rady, by rzucić na biurko kopertę.
-Co to jest?- kapitan spojrzał na pieczęć na kopercie, rozpoznając ją.
-Spotkałam człowieka imieniem Raymond.- zadrżał jej głos.
-Gdzie?!- czarnowłosy ściągnął brwi. Po chwili zgarnął kopertę z blatu i westchnął ciężko.- Nawet gdybyś była poza miastem, niewiele by to zmieniło. Mamy wystarczająco dużo kandydatek. Wybrałem już kolejną osobę.- odrzekł chłodno, wyzbywając się wszelkich emocji. Zoe poczuła się, jakby dostała obuchem w potylicę. Zamilkła otwierając usta w zaskoczeniu, po czym obróciła się na pięcie i wyszła z komnaty.
Wszystkie zebrane niewiasty patrzyły na nią w tej chwili. Kobieta odgarnęła pasmo włosów machnięciem dłoni i ruszyła dumnym krokiem w stronę Salo Tronowej. Strażnicy wpuszczali tam wszystkich, bez względu na to, czy byli to mężczyźni, czy kobiety. I tak niewielu odważnych było by tam wkroczyć.
Robotnicy likwidowali okna, które smok zdążył zniszczyć już dwukrotnie. Zalecenie Rady było proste - zostawić dziurę taką, jaka jest, by było widać kiedy smok znów zjawi się w odwiedzinach.
Zamek i tak był w rozsypce, a oni nie zachowywali nawet pozorów, że panują nad sytuacją.
Zacmokała z dezaprobatą. Zasada "do trzech razy sztuka" zdecydowanie nie należała do smoczych zasad.
-Banda imbecyli.
Ogród pustoszał. Nikt nie miał ochoty przesiadywać w jego zakamarkach.
-Bezczelność!- dała się ponieść emocjom, będąc pewną, że nikt jej nie widzi. Wywróciła i potłukła dwie wazy, zadeptała kilka roślin i wciąż jej było mało. Z tej wściekłości zaczęła nawet rozgryzać wyrwane łodygi kwiatów, byleby nie zacząć krzyczeć, bo zwróci na siebie uwagę.
-Co one ci zrobiły?
-Po co tu przylazłeś, Ethan?!
-Nie zapominaj, kto tu jest kapitanem.
-Udław się tym zielskiem, kapitanie!- cisnęła garścią porozrywanych roślin w czarnowłosego.
-Nie znałem cię od tej strony, Naith.- ściągnął brwi badawczo, unosząc kącik ust w znaczącym uśmiechu.- Sfrustrowana?
-Ile z tych kobiet chce faktycznie wziąć w tym udział, co?!
-Garstka.- mężczyzna zobrazował ilość chętnych małą przestrzenią między kciukiem, a palcem wskazującym.
-Ta garstka powinna wystarczyć.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie masz w tej chwili poparcia nikogo z Rady?- złotooki chciał najwidoczniej dalej drążyć temat Naith.
-Nigdy tego od Ciebie nie oczekiwałam, więc wystąpię jako kandydatka Raymonda.
-Nie mogę tego przyjąć.
-To na co nam wybory, skoro król stoi tu przede mną?!- doskoczyła do niego z wyrzutem, rozstawiając ręce teatralnie.- Po co ta szopka?!
-Bo smok tego chce.
- Nie wiem, czy słyszałeś bajania i legendy odnośnie tego, że smoki uwielbiają chędożyć ludzkie kobiety.
-Bajki dla dorastającej młodzieży.
-Każda dziewucha na pewno o tym słyszała. Takich osóbek jest tu pewnie więcej, chyba, że ten smok jest zwyczajnie łasy na ludzkie mięso.
-Jesteś zazdrosna?- spytał, rozbawiony.
-O co? O ciebie? Jesteśmy tylko znajomymi!
-Albo aż...- dodał od siebie.- Przypominasz mi kogoś, Naith.- Ethan ściągnął brwi, wpatrując się w jej oczy i zastanawiając się nad czymś głęboko. Dziewczyna zjeżyła się, wyczuwając niepewny grunt pod stopami.- To spojrzenie.
-Co z moimi oczyma?
-Nieważne. Powiedz mi lepiej, gdzie widziałaś Raymonda?
-Ściągnął mnie w zaułek niedaleko Wschodniej Bramy.
-Co ci dokładnie powiedział?
-Że zgadza się z tobą, co do mojej kandydatury.
- Musiał być w trakcie wyborów na sali.
-Nie musiał. Tego typu informacje roznoszą się po mieście błyskawicznie. Tak jest wszędzie. Nie muszę przypominać, że w trakcie Balu  niemal nie zostaliśmy kochankami, jeszcze zanim przyprowadziłeś mnie do Królewskiego Ogrodu.- Naith skrzyżowała ręce na piersi i usiadła na marmurowej ławeczce. Chrząknęła by opanować emocje. Ta informacja nawet go nie wzruszyła.
- Jeśli chcesz, możesz dalej mieszkać u mnie. Nie pojawię się tam przez następnych kilka dni. Nie będzie mnie w mieście.
-Jak to?! Kto będzie utrzymywał tu porządek?
- Wyznaczyłem już ludzi. Zrób mi przysługę, Naith. Kiedy mnie nie będzie, postaraj się przekonać chociaż część tych dziewcząt, by podjęły się zadania.
-I jak niby mam to zrobić? Co z resztą?- wyrzuciła ręce w powietrze z wyrzutem.
-Te, które nie dadzą się przekonać, puścisz wolno. Coś na pewno wymyślisz.- Ethan obserwował ją dalej, bardziej uważnie niż do tej pory.- Mogę na Ciebie liczyć?
Gdy ktoś wspominał o smoku, albo gdy sama myślała na ten temat, nieświadomie przymrużała oko naznaczone blizną. Uznał to jednak za tik nerwowy po wypadku.
-Ethanie. Gdzie dokładnie wyjeżdżasz?
-Do sąsiedniego miasta, po wsparcie tamtejszego burmistrza. Gromagar to przy nim płotka, niestety.- mruknął z przekąsem.
-A jeśli Smok przyleci, żeby sobie którąś wybrać?
-Wrócimy tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.- odparł kapitan. Wskazał Zoe drogę powrotną, gestem zapraszając ją do spaceru.- Odprowadzę Cię do mieszkania.
-Tylko nie podstawiaj mi straży pod drzwi pod twoją nieobecność!
-Nie miałem zamiaru!- zmieszał się, słysząc ten zarzut. Zdążyło mu to jednak przejść przez myśl chwilę przed tym, jak dziewczyna go ostrzegła.
-I nie wiem, kim do cholery jest ten Raymond i jak wpływowym człowiekiem się wydaje, ale nie wydaje mi się, żebyście byli wrogami.
-Nie mieszaj się w te sprawy, Naith. Nie warto.- kapitan opuścił ją pod wejściem do mieszkania bez zbędnych pożegnań.

Robiło się już ciemno. Na zamkowym dziedzińcu porozstawiano namioty dla dziewcząt. Przygotowano również łóżka na korytarzu zamkowym. Co pewniejsze dziewczę zostawało w zamku, podczas gdy reszta przerażonych uciekała w pobliże bramy, mając złudne nadzieje, że im bliżej wyjścia się znajdą, tym prędzej będą mogły opuścić to miejsce.
Kapitan i tak podstawił dwóch strażników dziewczynie. Zauważyła ich dopiero, gdy zgasiła światło w pokoju. Wtedy też wyłonili się, siadając na ławce pod kamienicą.
-Niech cię diabli, Ethan.- syknęła. Gdy tylko wspomniała jego imię w jej głowie zaświtały jego słowa.- Nie mieszaj się w to, co? Jest więc w co się mieszać, skoro tak powiedział.- przeniosła wzrok ze strażników na niebo nad miastem. Księżyc w drugiej fazie zaczynał chować się za kłębami ciężkich chmur.- Piękna pogoda na biwakowanie.- rzuciła jeszcze w kierunku zamkowych murów i skryła się w cieniu pokoju.