Informacje

Czcionka w notce wydaje Ci się za mała?
Wystarczy przytrzymać klawisz CTRL i przybliżyć obraz strony przy pomocy rolki na myszce, bądź wciskając +.

ZANIM ZACZNIESZ...
Jeśli zamierzasz napisać, że blog jest "fajny" i nie zostawić treściwego komentarza, wskazującego na to, że notkę przeczytałeś, skieruj się do strony "Kontakt i SPAM". Jestem łapczywa i komentarze wszelakie sobie zostawię, ale będę wiedziała, że czytasz coś z bloga, zamiast się bezczelnie reklamować.

Uprasza się o nie kopiowanie treści zawartej na blogu.

©Aikoo

niedziela, 18 grudnia 2016

|139| Pół roku bez słowa?

Tak, poł roku bez słowa. Nie było mnie tu, nie udzielałam się, nie miałam siły i dalej jej nie mam, chociaż wiem, że powinnam się tu udzielać. Zdecydowana większość z Was pewnie już tu nie zagląda. Wcale się nie dziwię.
Ostatnie półtora roku to dla mnie katorga psychiczna.
Zbierałam się do napisania tego przez długi czas. Nawet teraz wstukując te słowa czuję niepokój i serce mi łomocze.
"A, kolejna nastoletnia depresja, a kolejny blog na którym jakaś małolata wylewa swoje żale."- stwierdzi ktoś na pewno.
Do pewnego momentu tak było, bo to były sprawy, które można było załatwić od razu, zapomnieć i zwyczajnie pójść dalej.
Jestem raczej człowiekiem, któremu ciężko jest przyzwyczaić się do jakichkolwiek zmian. Może kiedyś wspomniałam, że w październiku zeszłego roku zostałam przeniesiona na inny dział w zakładzie, w którym pracuję. Nienormowany czas pracy na dwie zmiany, masa nadgodzin, ciężka atmosfera w ekipie... To jest coś co sprawia od tamtego czasu, że nie mam siły na kontakty z ludźmi, zamykam się w sobie, najchętniej przespałabym całe dnie, byleby choć na chwilę oderwać się od pożerających mnie od środka myśli.
Co z tego, że mam więcej pieniędzy? Jeśli tak ma wyglądać dorosłe życie, to ja podziękuję.
Nie widzę się w przyszłości ani trochę. Czas leci nieubłaganie,  a ja tracę rachubę w kalendarzu, bo dzień za dniem jest tak samo. Wstajesz, praca, wracasz, jesz, śpisz, wstajesz, praca i tak w kółko. Owszem, zdarzają się fajne momenty, pójście do kina, wyjazd na zakupy, spotkanie ze znajomymi, gdzie atmosfera jest naprawdę spoko, ale to chwilowe, zbyt krótkie, bo jeszcze się coś nie skończy, a czarne myśli powoli zaczynają pełzać gdzieś tam z tyłu. Bo nie będzie tak miło, bo znów będę musiała iść do pracy. Musiała, nie chciała.
Kwestia zmiany pracy, czy odwagi, żeby się postawić tym na wyższych stanowiskach? Podejrzewam, że oba, ale w obu przypadkach za bardzo się boję, o to, że nie znajdę, albo stracę pracę i zostanę z niczym na lodzie.
Wystarczająco dużo problemów mamy w domu...
Idą święta. Podejrzewam, że przynajmniej do przyszłego tygodnia mnie nie będzie. Postaram się reaktywować bloga, napisać coś do opowiadań. Może w ten sposób mi ulży, jeśli zamknę te pieprzone demony myśli na papierze.
Wasz Aikooś, bez odbioru.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

|138| Trakt pocztowy


Rozdział 15

Ewakuując się z sali jadalnej, dość szybkim krokiem przeszła korytarzami do swojego pokoju, walcząc jeszcze z mdłościami. Policzek szczypał ją niesamowicie, ale nie to teraz było najważniejsze. Skoro kapitan straży był zajęty przesłuchiwaniem dziewczyn, Zoe będzie miała wolną rękę do przechadzek po mieście i ewentualnych poszukiwań. Długo szukała Raymonda, bo nie znalazła po nim śladu w miejscach, w których zwykł przesiadywać.
-Jak to, zmienili miejsce schadzek?- kręciła się tak po przedmieściach szukając w tej chwili igły w stogu siana. Miała też sporo czasu na przemyślenia odnośnie pytań, które miała mu zadać. Mniejsza o samą treść, a o formę. Jak mogłaby go podejść, żeby się wygadał? Ray nigdy nie był wylewny, jeśli nie było mu to na rękę. Tym razem też nie będzie chciał rozmawiać, bo pewnie będzie to niewygodne.
Westchnęła ciężko. Świeże powietrze łagodziło skutki picia alkoholu dnia poprzedniego. Ostatnim miejscem w jakim by mogła szukać, było jej gniazdko, w którym mieszkała dopóki nie spotkała smoka. Chmury przesłoniły błękitne niebo, w powietrzu było czuć, że zbliża się deszcz. Zoe, zbliżając się do swojej starej nory zarzuciła kaptur na głowę. Podeszła do drzwi, ale zdążyła tylko położyć dłoń na ciężkiej klamce. Trzeszczała straszliwie i chodziła ciężko, ale można było ją sforsować, gdyby dobrze naprzeć na wrota, jeśli były zamknięte.
Jednak oprócz Raymonda dziewczyna usłyszała w środku jeszcze jeden głos. Dyskutowali żywo o wydarzeniach z wczorajszego wieczora i nie tylko.
Wycofała się instynktownie, nie pozwalając klamce zahałasować. Co tu robi kapitan? I dlaczego rozmawia z Raymondem, jak gdyby nigdy nic?!
Skryła się w zaułku, gdy głos kapitana zbliżył się niebezpiecznie w kierunku drzwi.
Nie była jednak w stanie podsłuchać o czym dokładnie rozmawiają, ale gdyby dostała się na tyły szopy, znalazłaby miejsce odpowiednie, żeby podsłuchać rozmowę.
Nie musiała jednak kombinować. Usłyszała skrzypienie drzwi.
-Mówisz więc, że to nie jest sprawka twoich ludzi, Ray?- padło pytanie z ust kapitana.
-Po raz kolejny powtarzam, że nie. Moi ludzie nie są tacy głupi, żeby narażać się smokowi. Nie wszyscy w każdym razie.-Raymond brzmiał jakby był zrelaksowany. Nie dało się odczuć krzty niepokoju w jego głosie. Zoe przylgnęła do ściany, chowając się za beczką wypełnioną starymi grabiami. Z kapturem na głowie nie rzucała się w oczy i mogła ich razem obserwować.
- Z drugiej strony zastanawia mnie, dlaczego tak otwarcie wstawiłeś się za Naith, hm?
-A ty jeszcze się nie zorientowałeś? Ona jest jednym z moich ludzi.- gdy Raymond to powiedział, pod Zoe ugięły się nogi. Usiadła w błocie, wypłaszając kota ze starej skrzyni, w którą rąbnęła łokciem. Zrobiło jej się gorąco. Wszystko trafi szlag, jeśli Raymond powie kapitanowi, kim tak naprawdę jest ta buntownicza Naith, która powaliła samotnie kilkoro napastników w karczmie "Pod Skrzydłem Gryfa". Obserwowała jednak dalej.
Ethan zdawał się nie dowierzać. Zmieszany uśmiech zawitał na jego twarzy.
-Żartujesz sobie, tak? Przecież przyjechała z doradcą króla.
- Który został pożarty przez smoka, tak, słyszałem tę historię. Mieszkałeś z nią w swojej kawalerce, miałeś ją na wyłączność i nie połączyłeś jeszcze faktów? Co ja mówię, być z kobietą pod jednym dachem i nie zajrzeć jej pod halkę? Gdzie twój spryt i przenikliwość, kapitanie?
-Wasza Zoe spłonęła po nalocie smoka jeszcze zanim zdążyła się wykrwawić przez strzał jednego z moich ludzi.-odparł szorstko kapitan. Raymond zacmokał z dezaprobatą.
-Nawet Cegła zauważyłby zbieżność zdarzeń.- zaśmiał się po chwili Król Podziemia.- Możesz zresztą sprawdzić sam, czy dziewczyna będzie miała bliznę na boku. Pamiętasz chyba w jaki sposób postrzelił ją jeden z twoich przygłupów...
- Nie sprawdzę tego. Naith ma na sobie gorset ze smoczego złota.
- I zgoła nierozsądnym byłoby zapytać ją o to wprost, bo ci dziewczę zwieje z miasta zanim zdążysz wymówić imię swojej matki.
-Podrzuciłeś ją do mnie...
-Wybacz, że zapytam, zaszkodziła ci? I nie, powtarzam, że jej nie podrzuciłem. Zoe działała na własną rękę, a że w jakiś sposób trafiła na szarmanckiego i opiekuńczego doradcę, to wylądowała na królewskim dworze. Ten dzieciak potrafi się kamuflować.
-Wychowywałeś ją. Mów, gdzie może teraz być. W zamku nie było jej już po przesłuchaniu.
-Ciebie też wychowywałem i co?
-Morda, Ray. I wychowywaliśmy się razem. Pamiętaj, ale nie mów tego na głos!- sączył przez zęby kapitan. Zoe znieruchomiała jeszcze bardziej. Wychowywali się razem? Na jednym podwórku?! Kot, który przez moment hałasował i miauczał zniesmaczony pobudką, ucichł. Raymond machnął ręką na reakcję kapitana.
-Chodź, napij się jeszcze. Może kiedy ochłoniesz, będziesz luźniej myślał.-rzucił, zapraszając kapitana do środka, ale już nie zamknął drzwi, a jedynie zostawił je uchylone.
-Proszę, proszę. Miałaś podobno leżeć w łóżku.- usłyszała za swoimi plecami. Obróciła się gwałtownie, ukrywając za dłonią usta smoka.
-Cicho, błagam Cię.- rzuciła nerwowo. Złoty ściągnął brwi i odjął jej rękę od swojej twarzy.-Zabierz mnie stąd najlepiej, byle szybko.
-A nie chciałaś się czasem widzieć z Raymondem? Masz ku temu doskonałą okazję.
-Ciszej, człowieku!- syknęła, dopiero po chwili zdając sobie sprawę jak bardzo przegięła. Smok nie cierpiał być nazywany człowiekiem, ani do niego porównywany. Z człekokształtnej formy korzystał tylko, kiedy przebywał w zamku i gdy naprzykrzał się żeńskiej części populacji, tak jak w tej chwili robił to z Zoe.
Zacmokał, mrużąc oczy z utraty cierpliwości.
-No, dalej. Wejdź tam. Chciałbym zobaczyć, czy kapitan Cię nie zabije, zanim zdążysz powiedzieć słowo.- podniósł się z klęczek ciągnąc ją w górę za ramię. Smok pchnął delikatnie Zoe w kierunku głównej drogi. Jej dłoń błyskawicznie wczepiła się w poły jego koszuli i przyciągnęła się do niego.
-Zabierz mnie stąd.- ściągnęła brwi, zdesperowana. Złoty warknął ostrzegawczo. Zwątpiła w pewnym momencie, czując na sobie gniewne spojrzenie Drakonity. Puściła go po chwili, zaciskając w pięści drżące dłonie. Odwróciła od niego wzrok i zaczęła rozglądać się po zakamarkach w poszukiwaniu drogi ucieczki.- Albo nie... Dam sobie radę bez Ciebie.- ruszyła wgłąb uliczki, pamiętając, że jest tam dość wąskie przejście przez które kiedyś udało jej się przecisnąć.
Smok jedynie obserwował jej poczynania.
Znów zaczęło ją mdlić.
-Pieprzony kac.- z trudem zaczęła przeciskać się przez prześwit między budynkami. Gdy była już w połowie drogi, po nodze przebiegło jej coś z pazurami na brudnych od błota nóżkach. Miała tylko nadzieję, że to nie szczur i że nie ma ich tam więcej. Smok czekał już po drugiej stronie przesmyku, wsparty o obłażącą z farby ścianę. Z założonymi na piersi rękoma obserwował kątem oka poczynania Zoe.
Wydostała się, zaraz otrzepując nogę z widma szczura, który mógł się w nią wczepić, gdyby tylko miał odwagę.  Wzdrygnęła się z odrazą.
Złoty zaśmiał się, rozbawiony.
-Naprawdę bardziej się boisz szczura, niż mnie?
-Mimo iż jesteś nieobliczalny tak jak one, z Tobą jeszcze da się porozmawiać, wiesz?- rzuciła jadowicie, uspokajając nerwy na tyle, na ile była w stanie.
-Kapitan do głupich nie należy. Jeśli to cię uspokoi... Będzie czekał na odpowiedni moment, chociaż nie wiem, co na to pani generał, bo chodzą pogłoski, że stacjonuje już gdzieś w mieście.
-Jak to?! Ta generał?! Ona jest w mieście?
-Mhm! I zamierzam ich wszystkich ugościć na balu. Burmistrz z Borvaru też się pojawi, zapewne żeby przegadać do rozsądku naszemu Gromagarowi. Biedaczek nie wiedzieć czemu, zaszył się w dzielnicy szpitalnej i kombinuje coś przeciwko Radzie.
-Czemu nie powiesz tego kapitanowi? Zrobi z nim porządek.
- To nie leży akurat w moim interesie, a informację, jaką przypadkiem zdobyłem, możesz wykorzystać. Kto wie, może uratuje ci skórę.- odparł melodyjnie, czyszcząc swoje wyostrzone paznokcie. Zoe prychnęła tylko.
- Ratowanie swoich wybranek też najwidoczniej nie leży w twoim interesie.
- Wypluj te słowa.- ściął ją wzrokiem. Blizna na jej powiece dała o sobie znać dość dotkliwie.
- Zostaw tę informację dla siebie, może ją kiedyś wykorzystasz.- uśmiechnęła się kpiąco, czując zaraz jak gorset zaciska się na jej talii, robiąc się nieprzyjemnie gorącym. Ruszyła w drogę do centrum, zerkając jeszcze na smoka. Igrała z żywym ogniem, ale nie mogła tego inaczej rozwiązać. Nie potrafiła i nie chciała. Gdyby jednak poddała się jego woli, nie czułaby się zupełnie sobą, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.
Zrzuciła z siebie brudny płaszcz, zanim weszła na główną drogę. Nie zwracając uwagi, prawie staranowała pewnego jegomościa, niosącego pocztę.
-Szlag by was wszystkich trafił. Nie ważne czy niosę cegłę, czy porcelanę, zawsze się znajdzie któreś, co nie patrzy pod nogi.- klął w najlepsze niziołek pocztowy.
-Przepraszam.- bąknęła, gdy kopnął ją w kostkę.- A to za co?!
-Bo cholernico jedna, zniszczyłaś mi przesyłkę! Nie widać znaku?! Nie stawać na trakcie pocztowym?! Pozwę Cię do Rady Nadzorczej, jak swoją pieprzoną siostrę kocham. Tfu!- niziołek splunął na ziemię tuż koło buta Naith.- Złaź z traktu, kreaturo! Męty pierdolone, wpychają odpady w kanały pocztowe. Szczurza zaraza, kurważ jej mać.
Zoe machnęła ręką na niziołka i wyszła na główną drogę, podczas gdy on i za chwilę kilku jego kompanów klnąc w najlepsze ruszyli dalej z pakunkami.
Wiedziała, że niziołki pocztowe są tak wulgarne, ale dopiero teraz się o tym przekonała. Idąc więc w górę miasta, obserwowała, gdzie są te ich trakty. Niziołki były zatrudnione przez króla do roznoszenia poczty jeszcze przed rozbudową miasta. Zagwarantował im tym samym pracę, dom i wyżywienie, bo rozbudowa miasta wiązała się bezpośrednio z likwidacją ich osady.
Tak też pomysł się przyjął, ale trakty pocztowe niziołków popadały w zaniedbanie, bo ludzie zaczęli jej z czasem traktować jak kanały ściekowe. Wtedy też niziołki stały się tak zrzędliwe i nieprzyjemne, a mimo to dalej wykonywały swoją robotę.
-Łap go, łap go! Łap go!- usłyszała nagle, gdy w jej ręce wpadło dziwne urządzenie z drutem i skrzydełkami wystającymi z obudowanego jakimś żelastwem kamienia zasilającego. Po chwili zaledwie wpadł na nią mężczyzna, który najwyraźniej nie zdążył się zatrzymać. Zoe legła na bruk plackiem. Jegomość podniósł się zaraz, wyrywając jej urządzenie z rąk i mówiąc doń pieszczotliwie.
-Halo, człowieku. O co ten cały zachód?- Zoe podniosła się ociężale, obserwując ciemnoskórego mężczyznę z dziwnie skołtunioną fryzurą.
-Bo to cacko, to przyszłość.- odparł rozpromieniając się.- Muszę jeszcze tylko skalibrować zasięg i zniwelować zjawisko interferencji fal magicznych.
-O czym ty mówisz?!- podniosła się z miejsca, otrzepując spodnie i koszulę z kurzawy. Wtedy też mężczyzna podniósł wzrok znad swojego wynalazku.
-Och, przepraszam. Gdzie moje maniery, panienko. Mieszkamy razem na zamku.- podniósł się z ziemi, wyciągając do dziewczyny rękę, którą okazała się mechaniczna proteza.
-Jak to, na zamku? Nie widziałam Cię tam jeszcze.
-Bo siedzę w zachodnim skrzydle, jestem królewskim inżynierem, wynalazcą i złotą rączką, choć ta rączka ze złota nie jest, na szczęście.- odparł z szerokim uśmiechem.
-Jak cię zwą?
-Buford, panienko, a Ciebie?
-Naith.- odparła.
-Naith! Miło mi Cię poznać i przepraszam za tę wpadkę, trochę wydałem na tego Chochlika i nie chciałem go zniszczyć. To prototyp, wiesz? Przyszłość zwiadowcza naszego królestwa.
-Dobra, dobra. I tak nie mam pojęcia, o czym mówisz.
-Zapraszam Cię do moich komnat. Skoro jesteśmy sąsiadami, możemy się razem napić.- zaproponował.- Pokażę Ci moje wynalazki. O ile mi wiadomo, twoja komnata jest wyposażona w lustro produkujące obrazy, które stworzyłem specjalnie dla króla, gdy korzystał z moich specyfików.
-O jakich specyfikach mowa?- zaintrygowana, pytała dalej.
-Relaksująca mieszanka ziół do fajki. Poprawia humor i otwiera umysł na nowe idee.
-Coś, co przydałoby mi się chyba nawet dzisiaj.
-Dostarczyć do pokoju, czy odbierzesz na miejscu?
-Bufordzie, zgłoszę się do Ciebie, gdy będę miała chwilę, dobra?
-Zapraszam! Zachodnie skrzydło. Jak w mordę strzelił, do windy i na samą górę do moich włości.
-Powodzenia z Chochlikiem!- odparła jeszcze na pożegnanie. Dziwny człowiek, ale czego się mogła spodziewać po wynalazcy ze sztuczną ręką? Jednak po chwili stwierdziła, że  może okazać się to dość ciekawa znajomość.




____________~~~____________

U mnie wszystko w porządku, choć nie mam czasu, daję znać, że żyję.
No, ciężko jest, nie powiem.
Zły humor i samopoczucie nie opuszczają mnie od dłuższego czasu, ale daję radę, tak mi się zdaje.
Weekendy są za krótkie, wypady do kina za rzadkie. Aż chciałoby się rzucić robotę w cholerę i wyjechać gdzieś, uciec od tej szarej rzeczywistości.
Życiowy marazm.
Rutyna.
Kropka.

niedziela, 1 maja 2016

|137| Pazurki

Rozdział 14

Atmosfera w jadalni była drętwa. Nie było jej w zasadzie wcale, zresztą tak jak i smoka.
-Proszę, proszę! Jesteś z siebie zadowolona?- Kokietka zastąpiła Zoe drogę do krzesła.
-O co ci chodzi, Esther?- Naith ściągnęła brwi, zastanawiając się, czy zrobiła wczoraj coś poza tym, co zapamiętała.
-Jak wyszłaś wczoraj, Smok wpadł w furię. Zignorowałaś go, małpo. Zobacz, co mi zrobił!- poderwała chustę, która przykrywała jej głęboki dekolt. Szrama na jej piersi skrzyła się złotymi drobinkami.
-A ty z kolei zignorowałaś pierwotny instynkt, żeby się do tego gada nie zbliżać i masz za swoje. Już cycem nie zaświecisz.- wyminęła ją tylko, rzucając luźnym, acz złośliwym komentarzem. Po chwili miała zamiar zająć miejsce na swoim krześle, ale Esther chwyciła ją za włosy i pociągnęła za sobą.
Dziewczyny poderwały się z miejsca, krzycząc, że czarnowłosa ma przestać. Esther natomiast machnęła ręką, by zadrapać Naith po twarzy. Ciemnowłosa, zablokowała jej rękę już odruchowo.
-Co ty sobie wyobrażasz, idiotko?!
-To przez Ciebie!- Kokietka była zaślepiona furią. Naith wiedziała, że to zaledwie cień tego, co jej rywalka musiała przeżyć poprzedniego dnia. Jej druga dłoń przeciągnęła się po policzku leżącej, zostawiając nieprzyjemnie szczypiące zadrapania.
Tego było za dużo. Naith ściągnęła brwi, skoczyła jej adrenalina. Zanim Esther na niej usiadła, podkuliła nogi i zepchnęła ją z siebie, by role się odwróciły.
-I co z tego?!
-Myślisz, że z tym gorsetem masz większe szanse?!
-Przejrzyj na oczy, szmato! Nie o to tu chodzi! Jemu na nas nie zależy, nie widzisz?!- Naith przygwoździła ją do podłogi.
-To twoja wina!- krzyczała w zaparte Esther, próbując się szarpać.
-Mogłam cię nie ratować wczorajszego dnia.-Naith wbiła swoje złotozielone oczy w twarz leżącej. Mówiła to zupełnie poważnie, a Kokietka przestała się szarpać.- Próbuj się dalej kompromitować. Próbuj ze mną walczyć na pięści. Nawet teraz, na kacu, mam nad tobą przewagę. Gdybyś zaznała trochę życia w podróży, wiedziałabyś, jak kończą się tego typu zaczepki. Ostrzegam.- zadrapania na policzku Zoe zaczęły delikatnie krwawić, a wokół nich pojawiło się puchnące zaczerwienienie.- Ciesz się, że to możesz zakryć. Niektórzy nie mają tyle szczęścia.-podniosła się z podłogi, mrużąc powiekę przyozdobioną blizną tak podobną do tej, którą w tej chwili miała Esther na piersi.
Kokietka nie poruszyła się już wcale, chlipiąc żałośnie na królewskiej posadzce.
-Naith! Mogłaś tak nie mówić.- zaczęła Kruszyna.
-Nie mówić czego?
-Że mu nie zależy... Nie ściągałby nas tutaj, gdyby tak nie było.- odparła, poddenerwowana.
-Mniejsza o to, co ja myślę na ten temat.- usiadła w końcu na swoim miejscu, wycierając w rękaw to, co zdążyło się zebrać na jej policzku.
-Niech ci ta szrama zostanie.- Esther splunęła pod nogi Naith, siadając na swoim miejscu.
-Człowieka ze wsi wyciągniesz, ale wsi z człowieka nigdy.- mruknęła do siebie. Ciael zaśmiała się cicho pod nosem.
Wtem do jadalni wkroczyło kilku strażników, a zaraz potem kapitan we własnej osobie. Zlustrował twarze zebranych dziewcząt, zauważając od razu napiętą sytuację między Esther i Naith.
-Musimy Was przesłuchać w sprawie wczorajszego wieczora.- oznajmił szorstko. Kokietka widząc kapitana, skrzywiła się, ale zaczęła poprawiać chusteczką to, co zdążyło jej się rozmazać na twarzy.
-To może ja zacznę! Ona sprowokowała gospodarza do ataku!- pisnęła Esther znad chusteczki. Naith ściągnęła tylko brwi, piorunując ją spojrzeniem.
-Naith, proszę ja ciebie, dwa razy uratowała ci wczoraj tyłek!- odburknęła Artystka.
-Wypraszam sobie te pomówienia!- czarnulka zacisnęła pięść i uderzyła nią w stół dość gwałtownie.
-Przez większość czasu byłaś nieprzytomna.- dodała Izae z zażenowaniem.
-Po kolei, jeśli łaska! Khran i tak odpowie za to, co zrobił, a ja chcę wiedzieć, co dokładnie się tam wydarzyło.- zagrzmiał kapitan. Naith nie miała zamiaru odzywać się nieproszona.
-Naith... Może opowiesz, co się stało. Ja niewiele pamiętam.- odezwała się bezimienna dziewczyna, która z Rudą trzymała się widocznie dość blisko.
Dziewczę z blizną westchnęło ciężko, przymykając oczy na dłuższą chwilę.
-Jeszcze zanim właściciel Skrzydła Gryfa nas zaatakował, zostałyśmy otoczone przez kilku drabów, których zresztą, mniej lub bardziej świadomie Esther zwabiła w naszym kierunku szybciej niż zamierzali. Chcieli nam zabrać złoto, które dostałyśmy od smoka.
-Kto ich powalił? Jeden z nich się jeszcze Nie obudził. Nie powiecie mi chyba, że nikt wam nie pomagał?- kapitan zmrużył oczy, uważnie. Naith rozejrzała się po dziewczynach.
-Naith to zrobiła, a gdyby nie jej złoty gorset, podzieliłaby los Anny.- odezwała się bezimienna.
Więc to tak miała na imię Ruda... Zoe skrzywiła się, słysząc to imię. Nie chciała go znać. Znów zaczęła mieć wyrzuty sumienia. Esther tylko prychnęła.
-Sama powaliłaś trzech chłopa?!- kapitan ściągnął brwi gwałtownie, zadając tym razem pytanie do samej Zoe. Nie bawił się nawet przy tym w oficjalne zwroty. Dziewczynie zrobiło się gorąco.
- Adrenalina i alkohol.- wyjaśniła szybko. Kapitan chwycił się za skroń, wzdychając ciężko.
-Inaczej to rozegramy. Poproszę każdą z was z osobna do mojego gabinetu. Każda przedstawi mi swoją wersję.- oznajmił w końcu.- Ty, Naith. Idziesz pierwsza.- skinął na nią głową, każąc jej się podnieść z krzesła i zaczął ją prowadzić do swojego gabinetu bez obstawy straży.
Im więcej się ruszała, tym coraz bardziej ją mdliło. Miała tylko ochotę zjeść coś pikantnego i położyć się z powrotem do łóżka. Kapitan był odmiennego zdania.
Miał chyba zamiar wypytać ją o wszystko, co się tam wydarzyło. I takie pytania faktycznie zadawał. Padło nawet takie, którego dziewczyna się sama nie spodziewała.
-Myślisz, że to mogli być ludzie Raymonda?- spytał, obserwując uważnie jej wyraz twarzy.
-Nie. Nie wydaje mi się... Nie wiem.- zmieszała się. Oczywiście, że to nie jego ludzie. Poznałaby ich wszystkich. Zwłaszcza jeśli chodzi o osobników o takich gabarytach. Kapitan zmrużył oczy podejrzliwie. Naith spięła się nieznacznie. Coś podejrzewał, wiedziała na pewno. Nie domyślała się tylko czy chodziło o wczorajszy incydent, czy o jej osobę.
-Zawołaj mi Esther.- oznajmił nagle.-I zdezynfekuj czymś te zadrapania na twarzy. Ciekawie to nie wygląda, bo sinozielona otoczka nie jest czymś normalnym. Sprawdzę, co miała pod paznokciami. I dlaczego w zasadzie się na Ciebie rzuciła?
-Nieistotne.-dziewczyna podniosła się z fotela bezceremonialnie.- Esther sama ci się ze wszystkiego wyżali. Uważaj na nią.
-Nie znasz mnie jeszcze.- Ethan uśmiechnął się z przekąsem.
-Wzajemnie.-odparła na to, wychodząc z gabinetu.
W jadalni wrzało. Dziewczyny nie zwracając uwagi na strażników, kłóciły się zawzięcie o fakty dnia poprzedniego. Esther rzucała kieliszkami w każdą stronę, a gdy Naith ledwo wsadziła głowę do pomieszczenia i w jej kierunku poleciał pocisk.- Na głowę upadłaś? Gdyby to był kapitan?!
-Ale nie był! Idę teraz do niego i wszystko mu powiem! Każda z was ma coś za uszami i to w tym uświadomię!- zaczynała histeryzować.
-Idź, śmiało. I tak teraz twoja kolej. Może Kapitan trochę ostudzi twój temperament.- Naith usunęła się z przejścia, gdy ta furiatka do niego niemal dobiegła. Trzasnęła za sobą ciężkimi drzwiami.-Nie wytrzymam z tą babą więcej niż dwie minuty w jednym pomieszczeniu.-westchnęła ciężko. Usiadła w końcu chwytając jeden z pustych kubków. Skupiła się chwilowo na nalewaniu napoju, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Smok położył dłonie na jej ramionach. Wyprostowała się gwałtownie. Uciszył ją tylko cichym świstem i między palcami przegarnął delikatnie jej rozpuszczone włosy. Spojrzała na swoje towarzyszki, zaskoczona tak jak i one.
-Co ty masz na twarzy, moja droga?- znów zaczął gładzić jej ramiona. Nie pozwalał na siebie spojrzeć.
- Esther.- rzuciła krótko.
-To dziewczę nie zna słowa SPOKÓJ, doprawdy. Będę musiał chyba uciąć sobie z nią pogawędkę.
-To przez tą bliznę, którą zostawiłeś na jej piersi.-fuknęła Naith.
- Nie, moja droga. To przez Ciebie, bo mnie zignorowałaś.- wyśpiewał- Ale to, co Esther zostawiła na twojej twarzy nie leżało nawet obok rozsądnego posunięcia.- nieznacznie zbliżył swoje dłonie w kierunku jej szyi ściągając usta w niesmaku. Naith przełknęła gęstą ślinę, obawiając się w tej chwili o swoje życie. Pamiętała tylko jak wczoraj wydostała się poza mur, ale po zeskoczeniu z niego urwały jej się wszelkie tropy. Rosa wspominała przecież o tym, że Smok ja zostawił w pokoju rozebraną i kazał jej pilnować, ale co mogło się wydarzyć przedtem? Zebrało jej się na wymioty z wrażeń, ale i poniekąd dlatego, że miała potężnego kaca. Wiedziała, że żytniej wódki nie ruszy, choćby to miał być ostatni napój na świecie. Po prostu nie.
Naith wstrzymała powietrze, gdy tylko Smok ujął jej brodę w palce i kazał na siebie spojrzeć pochylając się w jej kierunku.
- Nie myślałaś chyba, że tę scenkę będę odgrywał przed wszystkimi?- zmrużył oczy, rozbawiony. Dziewczęta naokoło znów zamarły w bezruchu jak te postacie na obrazie, podczas gdy smok przysiadł na brzegu stołu, wyjmując z objęcia Kruszyny szklankę z napojem. Powąchał zawartość, posmakował i odstawił naczynie na stół, zostawiając blondynkę z pustą dłonią.
-Wiem tyle, że chyba już ci przeszło.- starała się go zignorować, ale się nie dało.
-Esther jest po prostu słaba w łóżku. Musiałem nadrobić zaległości gdzie indziej.- uśmiechnął się szelmowsko. Zoe tylko przekręciła oczami.
- Gdybyś jej to powiedział byłoby po kobiecie.- mruknęła bez przekonania, lecz po chwili zaledwie w jej głowie rozgorzał płomyczek złośliwości.- Nie masz przypadkiem zamiaru jej tego powiedzieć?- zerknęła na niego spod uniesionej brwi, opadając na oparcie krzesła.
-Wszystko w swoim czasie, Zoe.- akurat w tym momencie smok chwycił nóż, obracając go w palcach i dociskając opuszek kciuka do zaostrzonej strony sztućca. Nic mu się nie stało, mimo tego, że ostrze mogło przeciąć pieczeń jak masło. Zerknął na nią tylko, gdy zapatrzyła się w ten mały performance jego nietykalności. Westchnęła cicho, a po chwili zadrapania na twarzy zaczęły ją nieznośnie szczypać.
-Co się wczoraj wydarzyło?- ściągnęła brwi, pytając niepewnie. Smok najwidoczniej czekał na ten moment, bo na jego twarzy zawitał złośliwy uśmiech.
-Jak mogłaś zapomnieć? Przecież było ci tak dobrze.- oczy błysnęły mu w podnieceniu, gdy zobaczył jej reakcję. Szczęka jej opadła, oczy zaogniły się od wściekłości, pięści zacisnęły się mocniej niż do tej pory.
-Kłamiesz.- syknęła.
-Przecież umowa między nami była jasna, nieprawdaż? Jeśli nie będziesz mi posłuszna, będziesz musiała mi się oddać.- odłożył nóż i odchylił się, wspierając obie ręce na stole.
-Szlag by cię trafił, gadzie jeden.
-Niczego nowego się od Ciebie nie dowiedziałem.- uśmiechnął się słodko, mrużąc rozbawione oczy.
-Wychodzę.- oznajmiła, podnosząc się z krzesła. Zakolebała się jeszcze, bo zakręciło jej się w głowie od emocji, jakie nią teraz targały. Panicznie wręcz próbowała wygrzebać z głowy sceny, jakie miały miejsce poprzedniego wieczora i znalazła. Przebłyski, jak leżała w sianie, a smok przygniatał ją swoim ciałem, ale nie mogła przypomnieć sobie jego wyrazu twarzy. Serce zakołatało jej gwałtownie. Purpura wstydu wybiła na jej policzkach swoje piętno. Smok tylko zamruczał pod nosem, uradowany z jej zachowania.
-Pozwolę ci wyjść, ale dopiero wtedy, gdy ogarniesz te rumieńce i wtedy gdy dziewczęta znów zaczną reagować. Nie chciałabyś chyba, żeby nasz mały sekret wyszedł na jaw, gdy nagle znikniesz od stołu mimo, iż wszyscy zebrani się w ciebie teraz wpatrują.- rozejrzał się powoli po sali.
Zoe zakryła twarz w dłoniach, by za chwilę przyłożyć chłodne palce do policzków. Usiadła z powrotem na miejscu.
-Wychodzę do miasta.- zastrzegła jeszcze zanim smok powrócił do tej samej pozy w której wstrzymał towarzystwo, a dopiero potem wszystko wróciło do normy.
Gdy dziewczyny z coraz większym przestrachem wpatrywały się w wyraz twarzy smoka, który zmienił się diametralnie, gdy tylko przyjrzał się zadrapaniom i one wstrzymały powietrze. Smok jedynie przeciągnął kciukiem po jednej z dziwnie zabarwionych szram na twarzy Naith.
-Na szczęście nie będzie po nich śladu.- oznajmił.- Idź się położyć, moja droga. Marnie dziś wyglądasz.- Złoty odsunął jej krzesło tuż po tym gdy kazał jej wstać, ciągnąc jej brodę w górę palcem wskazującym. Podniosła się lekko, posłusznie, czując to samo pieczenie blizny na powiece, gdy powinna wykonać jego rozkaz.
Bynajmniej nie miała zamiaru kłaść się do łóżka, choć propozycja była kusząca.
Musiała iść do miasta. Miała się przecież spotkać z Raymondem.

poniedziałek, 22 lutego 2016

|136| Żytnia w sianie

Rozdział 13

Krew się w niej zagotowała już dawno temu, ale teraz dopiero poczuła dreszcz emocji, czując na swoich plecach mrowienie. Zupełnie jakby ktoś wpatrywał się w nią nienawistnie. Obróciła głowę, by spojrzeć w tamto miejsce.
Właściciel Skrzydła Gryfa, roztrzęsiony, stał w zabarykadowanym już wejściu. W rękach trzymał kuszę z samozapalającymi się bełtami
- Chcesz puścić wszystkich z dymem, człowieku?!- chwyciła tacę z podłogi.
- Moja najdroższa Pesea. To wasza wina!  To przez Was smok zabił moją żonę!- staruszek miał trzęsące się ręce. Trąciło od niego alkoholem. Najwidoczniej szykował się do tego od dłuższego czasu, aż trafił mu się odpowiedni moment.
Zoe skrzywiła się. Echo bólu po postrzale rozniosło się promieniując nieznośnie na całe ciało. To jednak było mało ważne w tej chwili. Ważniejsze, co zrobi właściciel pijalni, uraczony własnym drinkiem z alkoholu i żałoby po stracie małżonki.
Kokietka zaczęła się przebudzać w najmniej odpowiednim momencie. Mężczyzna spanikowany nagłym ruchem dziewczyny i strzelił w jej stronę. Posypały się iskry, strzała odbiła się od tacy i zostawiając za sobą języki ognia śmignęła przez pomieszczenie niefortunnie wbijając się w ramię Rudej. Przebudziła się zaraz, rażona nie tyle bólem postrzałowym co roznoszących się po jej ciele płomieniach. Alkohol. Za dużo tu tego w powietrzu. Zoe uświadomiła sobie fakt, o którym nie trzeba było w ogóle wspominać. Wybiłaby jakieś okno, zrzuciła firanki, oblała by Rudą wodą. Gdyby tu była ta cholerna, czysta woda!
Nic, tylko alkohol. Wrzask dziewczyny przeszywał każdy zmysł pozostałych zebranych, paraliżując ich. Właściciel wpatrywał się w to niczym zahipnotyzowany, dopóki pozostali goście nie rzucili się do ucieczki przed roznoszącym się dymem z palonego ciała. Kruszyna uskoczyła pod ścianę, by zwymiotować. Zoe powstrzymywała się tylko dlatego, że ktoś musiał tu zachować zimną krew. Tłum przetrącił ją i o mało by nie staranował  ledwo świadomej Esther, gdyby nie ciemnowłosa, która zapierała się łokciami, żeby ją osłonić.
- Wstawaj, sieroto!- ryknęła do Kokietki.
Skrzydła Gryfa za chwilę nie będzie. Wszystko pójdzie z dymem, jeśli ten szaleniec zacznie ciskać pociskami po całej sali. Czarnulka bełkotała coś niewyraźnie o pieczeni, że jest na diecie i nic nie zamawiała. Naith ściągnęła brwi, częstując kobietę solidnym kopniakiem w opięty lśniącym materiałem zadek. Miała ochotę kopnąć ją jeszcze raz, tak na zapas, ale sforsowane przez tłum drzwi przymknęły się na moment, by zaraz potem otworzyć się z impetem. Kapitan straży stanął w wejściu, lustrując wzrokiem pomieszczenie i rejestrując to, co zdążyło się tu wydarzyć. Kilku powalonych mężczyzn, tlące się zwłoki kobiety i właściciel karczmy z narzędziem zbrodni w rękach wystarczyły by znaleźć sprawcę zamieszania.
- Och, kapitanie!- Esther podźwignęła się na kolana, by podejść do kapitana.
- Lepiej siedź cicho.- Naith ściągnęła ją z powrotem na posadzkę, widząc poważną minę kapitana. Nie. Jemu nie było do śmiechu.
- Co masz na swoje usprawiedliwienie?- syknął, mrużąc swoje złote oczy podejrzliwie. Słowa kierował do pijanego mężczyzny.- Ta broń jest nielegalna. Wyobraź sobie, że za to obcinamy całą dłoń. Która jest ci cenniejsza?- zapadła cisza, przerywana tylko bolesnymi jękami Kokietki i ostatnimi podrygami Rudej. Rzęziła straszliwie, by za chwilę wyzionąć ducha.
- Ona nie żyje.-pisnęła Izae.
- Wracajcie do zamku.-odezwał się nagle kapitan, gwałtownie wytrącając kuszę z rąk pijaka. Naruszył przy tym cięciwę, powodując niefortunny wystrzał w kierunku Zoe. Otworzył szerzej oczy, śledząc strzałę, dopóki ta nie smagnęła jej w bok, ukazując kolejny skrawek złotego gorsetu. Dziewczyna upadła na podłogę, zaskoczona, jednocześnie zupełnie wystraszona reakcją kapitana, który tylko ściągnął brwi i powtórzył swój rozkaz.
Ewakuowały się więc pospiesznie do zamku, taszcząc za sobą półprzytomną Esther.
- Po tym co widziałam dzisiaj, potrzebuję solidnego drinka.- Zoe przetarła twarz, żeby choć odrobinę opanować emocje. To ona wraz ze smokiem podrzucała przypadkowym gościom biżuterię. To ona wskazała na Peseę, a teraz widziała przed sobą konsekwencje tej zabawy. Zadrżała w przerażeniu, pobladła i dopiero teraz zrobiło jej się niedobrze. Służba skierowała dziewczęta do pokoju wspólnego. Smok właśnie zabawiał się tam z jedną z panien, którą zapewne zbałamucił już gdzieś w ogrodowym zaułku.
Gdy tylko jego wybranki znalazły się w pomieszczeniu, odpędził rozochoconą dziewczynę od siebie. Zoe usiadła na kanapie przy drzwiach. Zwrócił uwagę na rozcięcie  w jej sukni, tak bardzo podobne do tego, które już raz eksponowało jej zgrabne nogi, dając mu przy okazji ładne widoki.
- Gdybyście mogli przynieść mi flaszkę żytniej,- złożyła ręce błagalnie w kierunku jednego ze służących. Ukłonił się i opuścił pomieszczenie pospiesznie.
- Szybko wam poszło, moje drogie.- obserwował każdą z osobna z rozbawieniem w oczach. Zoe zmroziła go wzrokiem.
- Napadli na nas! Tam w Skrzydle Gryfa!- Esther znów zaczęła swoje gierki ze smokiem.
- Jak to?- ściągnął brwi niezauważalnie. Jak mógł tego nie wyczuć? Zaraz potem wytłumaczył to sobie tym, że mógł to pomylić z chwilami ekstazy, jakie fundowała mu jedna z całkiem niebrzydkich służek.
Pod nosem Zoe zjawiła się flaszka z obiecanym alkoholem i szklanka. Dziewczyna pociągnęła kilka łyków prosto z butelki krzywiąc się niezmiernie od palącego uczucia w gardle. Zaklęła pod nosem wycierając usta wierzchem dłoni.
- Chrzanić to.- sarknęła zaraz. Gdy adrenalina opadła, poczuła zawroty głowy wywołane trunkiem.- Nawet nie zauważyłeś, że nie ma tu jednej osoby. Ruda miała szczęście, że mogła się uwolnić z tej złotej klatki.- mówiła do butelki, wąchając jej zawartość. Poczuła, że smok próbuje utemperować jej zachowanie, sprawiając, że zapiekła ją blizna na twarzy. Jednak wódka dostatecznie mocno znieczulała ból, by Naith była to w stanie zignorować. Uśmiechnęła się z przekąsem tuż przed kolejnym łykiem płomiennej wody.- Jesteście siebie warci.- skinęła na Esther. Ta otworzyła usta, urażona, teatralnie dotykając się piersi otwartą dłonią.
Naith podniosła się z kanapy, zdejmując buty i wyszła z pokoju razem z butelką.
Złoty odprowadził ją beznamiętnym spojrzeniem. Widocznie nie było to po jego myśli, ale zaraz potem przybrał inną maskę, kierując swoją uwagę na Esther.
- Skarbie, makijaż ci się rozmazał.- ujął ją pod brodę, ale Kokietka cofnęła się delikatnie przez ten gest. Zmrużył oczy, poirytowany z lekka. Widocznie ten dzień nie należał do najlepszych.
- Pójdę do siebie, jeśli mogę.- Kruszyna stała zmieszana w kącie, próbując się wtulić między służbę, zmieszać się z nimi, zniknąć. Smok spojrzał jej w oczy i skinął głową, uśmiechając się ciepło. Zarumieniła się znacznie, co mocno kontrastowało z jej blond włosami i opuściła pomieszczenie, czując jak jej bransoleta drży delikatnie pod jej palcami, ale już nie sprawia jej bólu.
Zoe ignorowała każdego przechodzącego osobnika, kołysząc się już na prawo i lewo pod wpływem odurzenia. Pustka w głowie nagle zapełniła się rozszarpującymi jej sumienie myślami. Pozwoliła swoim nogom na chwilę samowolki, uderzając barkiem w ścianę. Osunęła się na posadzkę, przytulając już prawie pustą butelkę do piersi.
-Zdzira.- czknęła na myśl o Esther. Ten pijaczyna i tak by chybił. Niepotrzebnie ją osłaniała. To przez nią zginęła Ruda, a nawet nie zdążyła poznać jej imienia.
Cisnęła jednym z butów w przeciwną ścianę, Upadł na komodę, zrzucając z niej wazon z kwiatami. Woda rozlała się po całym korytarzu. Zza rogu wychylił się jeden ze służących, który w zasadzie był świadkiem tego zdarzenia. Podbiegł do wazy, zbierając jej resztki i zignorował dziewczynę.- Pewnie według Ciebie też nie powinno nas tu być, co?- próbowała się skupić, wpatrując się w najbardziej jaskrawy kwiat z rozrzuconego bukietu.
- Nie, pani. Nie powinno.- służący nie odrywał wzroku od swojej czynności.
- Twoje zdrowie.- wzniosła butelkę na cześć ignorującego ją sprzątacza. Podniosła się z trudem z posadzki i ruszyła do swojego pokoju. Przynajmniej miała nadzieję, że prędko się w nim znajdzie. Jej plan może i szalony był nad wyraz klarowny. Uciec z zamku, choćby po to, by na chwilę odizolować się od zaistniałych wydarzeń, Wciągnęła na nogi swoje trepy, na plecy zarzuciła kurtkę i wyszła na balkon.-Raz kozie śmierć.- westchnęła, przechodząc przez balustradę i korzystając z drabinek na pnące się po nich bluszcze, zeszła na dół. Odczekała chwilę, zanim strażnicy zniknęli za rogiem i puściła się biegiem przez zagajniki w ogrodzie. Wiedziała, że tu musi być jakieś przejście. Ogrodowe mury nie były tak wysokie, a roślinność niemalże do nich przylegała, więc problemem nie będzie wspięcie się na drzewo i wskoczenie na mur, a zejście z niego na drugą stronę. Biegi w tym stanie jej nie służyły. Musiała skryć się gdzieś w jednym z zaułków, żeby odpocząć, ale przy okazji znalazła odpowiednie drzewo, na które mogłaby się wspiąć i przeskoczyć z niego na mur. Rozdarła drugi brzeg sukni, przepraszając w myślach Rosę za zniszczenie jej ubrań i owinęła sobie oba ogony wokół nóg, tworząc spodenki. Wspięła się na drzewo i przedostała się na mur. Ta akcja była niemniej satysfakcjonująca, co widok po drugiej stronie. Mniejsze daszki przylegały do muru, stopniowo rosnąc, albo się obniżając. Usiadła jeszcze na chwilę w cieniu drzewa. Księżyc świecił w najlepsze, ale zaraz powinna go przesłonić spora chmura, więc strażnicy też nie będą mogli jej zauważyć, gdy będzie się wymykać.
Zew wolności dał o sobie odczuć jedynie chwilowo, gdy przeskoczyła na daszek stajni. Po chwili jednak straciła oddech. Złoty gorset zacisnął się wokół przepony i żołądka, blokując jej wszelkie możliwości ruchowe. Padła jak kłoda, niemal wymiotując od ścisku kiszek, jakie smok jej zagwarantował. Im bardziej chciała doczołgać się do krawędzi dachu, tym mocniej ten ból odczuwała. Zacisnęła zęby z wysiłku, łapczywie chwytając powietrze, którego przecież było pod dostatkiem.
Chwyciła za rant jednej z desek i podciągnęła się bliżej. Widziała stóg siana pod sobą i miała nadzieję w niego trafić tak, by przy okazji nie nabić się na jakieś zagubione widły. Wpadła w siano, które przykryło ją zaraz całą. Podrapała sobie plecy, ramiona i nogi o ostrzejsze rurki.
-Ładnie to tak?- usłyszała, a po chwili tuż obok pojawił się ciężar czyjegoś ciała. Ścisk złotego gorsetu zniknął. Smok leżał teraz obok niej z założonymi za głową rękoma.- Ile razy mogę ci powtarzać, że nie powinnaś tego robić, moja droga Zoe, hm?- nawet na nią nie spojrzał. Wzrok miał zawieszony gdzieś na niebie. Ona też nie chciała na niego patrzeć, przykryta wciąż warstwą słomy. Odetchnęła głębiej, ostrożnie. Mimo słodkiego tonu głosu, Złoty miał nietęgą minę. Wyraźnie nie w smak mu było, że Zoe mu się sprzeciwiła. Zresztą nie tylko jej sprzeciw zagrał mu dźwięcznie na nerwach.
Podniosła się w końcu, wyłaniając się spod kołderki trawy. Zakręciło jej się w głowie, więc wsparła się łokciami o własne kolana.
- Daj mi spokój.- machnęła na niego ręką.- Muszę się stąd wyrwać.
- A ja mogę ci zrobić coś gorszego.- targował się bez zastanowienia.
- I co mi niby zrobisz? Zabijesz, oskalpujesz, poucinasz palce?- wyrzuciła dłonie w powietrze, powracając z powrotem do podpierania się. Nie spotkała się z odpowiedzią. Chciała się podźwignąć i odejść, a on niech sobie leży w tym sianie, ale Złoty w mgnieniu oka wrzucił ją z powrotem w siano, przygważdżając ją swoim ciałem.- Nie panujesz nad tym, co się dzieje pod twoim nosem, a masz zamiar zapanować nad całym królestwem?!
- Uważaj na słowa.- warknął ostrzegawczo, wciąż jednak nawet na nią nie spojrzał. Gdy Zoe opanowała zawroty głowy spowodowane zmianą położenia, chuchnęła mu w twarz specjalnie.
-Wiesz, w tym stanie to jest mi wszystko jedno. Zabiłam ci człowieka. Już nic gorszego nie możesz mi zrobić.- syknęła. Smok zacisnął mocno ręce na jej nadgarstkach. Wierzgnęła z bólu, ale nic to jej nie dało.
- Kwestia przypadku.- mówił, nie patrząc na dziewczynę, a w niej aż się wszystko gotowało.- Ona i tak nie miała szans na lepszą pozycję.
-Patrz na mnie, jak mi to mówisz!- zawołała. Spojrzał na nią w końcu. Wciągnęła głośno powietrze i wstrzymała oddech, otwierając szerzej oczy. Jego i tak wynaturzone błękitne oczy płonęły w tej chwili zupełnie inaczej, groźnie, nienawistnie, oschle. I nagle Zoe poczuła jak cała wściekłość wylewa się z kociołka jej emocji, by za moment zastąpiły ją łzy, żal i strach o własne życie. Razem ze wściekłością jednak z kociołka chciało wylać się coś jeszcze.- P-puść mnie.- wybełkotała. Smok nie czekał długo. Wiedział, co za chwilę nastąpi i zwyczajnie nie chciał, żeby zawartość jej żołądka wylądowała na jego koszuli.
-Żałosne.- wymruczał. Bynajmniej nie miał na myśli sposób w jaki Zoe próbuje się skryć i wypuścić z siebie balast wrażeń, ale miał na myśli swoje zachowanie. Dlaczego sam nie chciał na nią skierować wzroku? Dlaczego chciał oszczędzić jej tego spojrzenia? Tak bardzo działała wbrew jego woli, idąc krnąbrnie przed siebie. I udało jej się to kilka razy, a on złapał się na tym, że wyprowadza go to z równowagi. Zresztą nie tylko ona się dziś do tego przyczyniła. Gdy cisza po konwulsyjnym kaszlu się przedłużała, podniósł się z dość miękkiego posłania i otrzepał się z siana. Zoe w tym stanie nie miała raczej opcji by gdziekolwiek uciec. Była blisko, czuł to. Przeszedł za stóg by sprawdzić jednak co się dzieje. Skrzywił się delikatnie.
Ciemnowłosa leżała w sianie zwinięta w kłębek, blada jak nieboszczyk, ale jedynie śpiąca.
-Od dzisiaj nie pijesz żytniej.- skwitował krótko.
Przetransportował ją do jej komnaty, ułożył w łóżku i kazał jednej ze służek się nią zaopiekować.
Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na Rosę. Gdy ta wkroczyła do pomieszczenia, widząc półnagą Naith przykrytą kocem, nie zareagowała prawie wcale. Dopiero gdy spostrzegła w jakim stanie jest jej suknia, którą tak misternie szyła, zaczęła przeklinać niebiosa pod nosem. Chwyciła się pod boki, z resztą szkarłatu w pięści i z politowaniem spojrzała na śpiącą.
-Będziesz cierpieć.- uśmiechnęła się z przekąsem i zabrała się za ogarnianie bałaganu. Przyniosła swojej przełożonej dzbanek z wodą i proszki na ból głowy i w końcu mogła usiąść, czuwając.
-Rosa...- usłyszała w końcu. Zoe podniosła ociężałą głowę, w poszukiwaniu źródła wody. Zamlaskała tylko, czując niewysłowioną suszę w ustach. Zauważyła dzbanek z wodą, które w świetle wczesnego poranka skrzył się, jakby był wypełniony diamentami, co tylko spotęgowało jej pragnienie. Przechyliła dzbanek, łapczywie łykając chłodny napój.- Dlaczego jestem prawie naga?
- Zapytaj smoka. To on zostawił cię tu w takim stanie i kazał się pilnować. Ileś ty wypiła wczoraj? Wiesz, że damie nie przystoi?!
-Ciszej, błagam!- skacowana skrzywiła się, chwytając się za skroń.- Z ulicy mnie nie ściągnęli, o ironio, żebym nie wiedziała jak się zachować w towarzystwie. Ta sytuacja nie dała się obejść inaczej.
-Co żeś zrobiła?
-Przeze mnie zginęła jedna z wybranek smoka. Ten pijak nawet by nie trafił, gdybym nie osłaniała w tym momencie Esther. Pocisk się odbił, poszły iskry i Ruda spłonęła żywcem przybita do kanapy.
-Faktycznie. Mogłaś jej nie osłaniać.- Rosa skrzywiła się, wyobrażając sobie przebieg wydarzeń z dnia poprzedniego. Zoe przymknęła oczy na moment. Wtem pod powiekami wyklarowało się to złowrogie spojrzenie smoka. Gdzieś tam w środku miała ochotę się popłakać, ale nie mogła. Była spokojniejsza.- Stało się.- usłyszała jego głos, jakby gdzieś głęboko w jej umyśle.- Nie ma co tego roztrząsać.- gdy otworzyła oczy, słyszała już tylko głos Rosy. To jej słowa. Odetchnęła z ulgą.
- No tak, stało się.- mruknęła beznamiętnie.- Przepraszam za suknię. Napadli na nas.
-Zauważyłam, że te rozdarcia to niespecjalne, nie przejmuj się tym. Będziesz w stanie zejść na śniadanie do jadalni?
-Jestem głodna jak wilk.- zaczęła się podnosić. Poranne słońce wlewało się do pomieszczenia, rozświetlając drewnianą podłogę. Raziło ją w oczy. Zauważyła proszki przeciwbólowe i przełknęła je zaraz, wstając z łóżka, owinięta w koc.
-Coś ty chlała? Żytnią?- Rosa skrzywiła się, gdy Zoe do niej podeszła.- Marsz do wanny. Zimna kąpiel dobrze ci zrobi.- kobieta zgarnęła obolałą i kazała jej stanąć w wannie.- Najgorsza wódka, jaką mogłaś sobie wymyślić. Są alkohole lepszego sortu, a ty musiałaś urąbać się akurat tym wiejskim przysmakiem.
-Miałam prosić szybko o flaszkę wytwornego alkoholu do narąbania się? Pomyśl, co mówisz. Strata alkoholu, smaku i pracy ludzi, którzy to tworzyli. A taka żytnia, to i ekonomicznie i mocno trzepie.
-Skąd ty żeś się urwała?- Rosa rozbawiona jej tłumaczeniem, zaczęła oblewać Zoe chłodną wodą.
- Podróżowało się tu i ówdzie.- odparła chłodno, markotniejąc.
- Tęsknisz za tym, co?
- Nawet nie wiesz jak.- westchnęła. Blizna na powiece zapiekła ją ostrzegawczo. Rosa szybko się uwinęła. Zoe czuła się o tyle lepiej, że rześko i w końcu proszek przeciwbólowy zaczął działać.

niedziela, 21 lutego 2016

|135| Luty, luty.





W zasadzie od początku roku zaczęłam wydawać moje ciężko zarobione pieniądze na względne bzdety. Ktoś by rzekł, że za kasę którą dałam na telefon miałabym już mały samochód. Ponadto, mam już wiga na Lambo. Byłam na Deadpoolu i zamierzam iść na ten film po raz kolejny.
Najlepsza była moja reakcja, gdy w walentynki jechałam do kina na film, a w poniedziałek dostałam paczkę od Nerd Blocka z koszulką i maskotką Deadpoola ♥ Niemalże pisnęłam tuż po otwarciu paczki! I do tego świecący w ciemności kubek z logo Batmana ♥





A tutaj mam na sobie podstawowe rzeczy pod cosplay Lambo.
Muszę jeszcze zwęzić płaszcz, dorobić mu efekt pozszywania, dokupić futro na kołnierz, spodnie buty, paski >->
Trzy czwarte przede mną xD


I kumam, kumam, że nikt się nie odzywa, bo i ja was nie odwiedzam. Ostatnio nawet napisanie takiej zwykłej notki zajmuje mi dużo czasu. Tak jakbym zamknęła się w sobie na każdym froncie i nie mogła się wydostać z tej pułapki.
Zdradzę Wam sekret, chcecie?
To jak piszę, zależy od mojego samopoczucia. Próbuję się uzewnętrznić, przemycić na świat informację, że wcale nie jest mi tak kolorowo. Zdarza się to, czasami.  I czasem spodziewajcie się tylko rozdziałów z opowiadaniami.
To tak dla ścisłości, żeby nie było, że zniknęłam, czy ignoruję bloga.

Ach, no. W pracy schudłam pięć kilogramów. To pewnie widać po buzi.


Zapraszam do zakładki o Smoku i Ptaszynie, a także na mojego staruszka "Na łańcuchu" na którym wciąż pojawiają się rozdziały.

niedziela, 31 stycznia 2016

|134| Chyba się rozbujałam


Pytanie z serii zasadniczych. Ktoś to jeszcze czyta?

Rozdział 12


"Jedyne co w królewskim obrządku jest nie tak, to drętwota gości"


Na obmyślaniu planu na najbliższy czas zleciało Zoe pół dnia, dopóki służba nie zawitała do drzwi. Mieli pomóc jej się odświeżyć i ubrać przed kolacją. Wygoniła ich zaraz potem gdy wnieśli wannę i napełnili ją gorącą wodą. Nie miała najmniejszego zamiaru się jakoś specjalnie przebierać. Jej spodnie przecież były w dobrym stanie. Koszulę ewentualnie mogłaby zmienić na coś adekwatniejszego do wystawnej kolacji, jaką mieliby je ugościć na zamku.
Zrzuciła swoje ubrania i wkroczyła do wanny. Stojąc tak jeszcze przez chwilę, przyglądała się ozdobie, na swojej talii. Pas okazał się być jeszcze większy niż by się mogło wydawać i w zasadzie śmiało można go nazwać gorsetem. Czuła, że akurat ten metal nie jest zwykłym metalem. Był elastyczny, reagował na jej dotyk. Ściągnęła brwi, uśmiechając się z przekąsem.
-Hm, więc tak nas wszystkie obserwujesz.- mruknęła do siebie i zanurzyła się w ciepłej kąpieli. Gdzieś tam w głębi jej głowy kłębiły się głupie nadzieje na to, że tym razem się od tego uwolni, że woda rozpuści złoto i Zoe będzie mogła uciec stąd jak najdalej.
Uderzyła w brzeg wanny pięścią, rozchlapując ciecz na drewnianą posadzkę. Potrząsnęła głową.
Przecież to absurdalne. Sarknęła do siebie w myślach. Ucisk w żołądku nie zapowiadał niczego dobrego. To przeczucie zawsze towarzyszyło jej tuż przed tym, gdy miała być złapana na gorącym uczynku.
Fuknęła, odrzucając złe myśli, które zaczęły kłębić się pod jej czupryną.
-Dość tego moczenia się w  wodzie.- podniosła się gwałtownie, zakrywając się ręcznikiem. Szybko się osuszyła i przebrała w swoje stare rzeczy. Wyszła na korytarz, a tam jedna drobniejsza służka ukłoniła się nisko, chyba czekając na wejście.
-Pani, nie możesz wyjść na kolację w takiej kreacji. Wymagana jest odświętna suknia, którą przygotowano na tę okazję.
-Wyprostuj się, proszę. Aż mi głupio, jak się przede mną kłaniasz. Naprawdę muszę się ubrać w suknię?
-Wymogi smoka, pani.
-Jestem Naith. Nie przebieram się w suknię. Jeśli coś mu nie będzie pasowało, niech przyjdzie i sam to powie.- Zoe obserwowała tylko wystraszoną reakcję służki na jej słowa. Uśmiechnęła się do niej ciepło.- To nie twoja wina. Zostaw suknię w pokoju. Może ubiorę ją innym razem. Jak ci na imię?
-Rosa, pani.
-Mów mi po imieniu.- obruszyła się Zoe.
-Dobrze, pani.- Rosa skłoniła się nisko, a dziewczę z blizną westchnęło z politowaniem. Służka czekała na pozwolenie by wejść do pokoju.
-Daj mi tę kieckę.- Zoe bez pardonu wyciągnęła zwitek materiału z drobnych rączek dziewczyny i rzuciła go na fotel.
-Ale, o pani...
-Chodźmy już, co?- spytała Zoe lustrując naburmuszoną buźkę Rosy.- No, o co chodzi?
-Sama ją wybierałam. Widziałam Cię, pani na Balu wtedy przed zjawieniem się smoka. Chciałabym... Chciałabym...- usiłowała coś powiedzieć. Wyraźnie coś jej leżało na sercu, Zoe to zauważyła. Rozejrzała się tylko po korytarzu widząc jak Złoty znika za rogiem z uśmiechem na ustach. Ściągnęła brwi i zgarnęła Rosę do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
-No to o co chodzi, hm?- westchnęła.
-Bo przydzielono mnie również do pani Esther, a ona nie mieści się w tą suknię.
-Esther? Która to? Ta ruda kulka?
-Nie. Ta z kolią na szyi. Suknia bardzo jej się spodobała, ale niestety nie jest w jej rozmiarze.
-Chcesz jej zrobić na złość, ubierając mnie w tą kieckę?- Zoe obserwowała zmieniający się wyraz twarzy służki. Oczy jej błysnęły na wspomnienie o złośliwości.- Mów, jak własnej siostrze.
-Pani Esther oblała mnie winem za to, że nie zmieściła się w tą kreację. I tak, chciałabym jej utrzeć nosa.- Rosa podniosła głowę wysoko, pozwalając sobie na butny wyraz twarzy.
- Chyba nie mam wyjścia.- Naith zaczęła rozpinać koszulę. Dziewczyna podbiegła do fotela, rozwijając pakunek i prezentując długą smukłą suknię w kolorze przypominającym czerwone wino.
-Skądś tą suknię pamiętam. Nie miałam na sobie takiej w trakcie Balu?
- Nie taką! Tą uszyłam sama. I nie przerobię jej na nikogo innego.- fuknęła.
-Dobrze, już dobrze. Nie wiem tylko, czy z tym dam radę ją na siebie włożyć.- odkryła złoty gorset z pulsującego życiem złota. Rosa zrobiła wielkie oczy.
- Pani...
-Naith.
-Naith, czemu to ukrywałaś? Wszyscy myślą, że kłamiesz przywdziewając kolczyk, by dotrzeć do smoka. W zamku mawiają, że przekupiłaś zarówno kapitana jak i całą Radę.
-Brednie. Gdybyś tylko wiedziała, przez co przeszłam i jak bardzo nie chcę tu być, Rosa, zdementowałabyś te plotki z miejsca. Pozwól mi to utrzymać w tajemnicy - Zoe wskazała na złotą obrożę - a ja nie zdradzę, że jako służka nie jesteś obiektywnie i służebnie nastawiona do swoich przełożonych. Zdaje mi się, że będziesz mogła mi pomóc w kilku rzeczach.
-Dobrze, dobrze! Przepraszam za moją niesubordynację. Będę trzymać język za zębami. P-...Naith. Naznaczenie będzie trzeba zamaskować. Za bardzo odznacza się na materiale.- gdy tylko to powiedziała gorset przylgnął do ciała tak, że był ledwie widoczny.- T-to naprawdę jest smocze złoto.-pisnęła przerażona, starając się go nie dotknąć. Chwyciła zaraz potem za kuferek, który cały czas niosła na plecach. Postawiła go na stoliczku, koło wanny. W środku znajdowały się kosmetyki, cienie do powiek i kilka dodatków do upięcia włosów.
-Nie chcę niczego we włosach.
-Dobrze. Będzie akurat.- szybko skończyła. Machnęła pędzelkiem tu i ówdzie i zakończyła z uśmiechem na ustach. Rosa widocznie była zadowolona z efektu.- Teraz możesz iść na kolację.
-Prowadź, Rosa. Nie znam tych korytarzy.- Zoe podniosła się z miejsca, zerkając na swoje odbicie w złocistym lustrze.
- Pani Naith. Nie powiesz nikomu, że się tak zachowałam?
- Esther podpadła i mnie już na samym początku. Zabawnie będzie zobaczyć jej minę. Mam tylko nadzieję, że nie mówiłaś jej o tym, że i mnie będziesz pomagać.
-Nie. To też miała być tajemnica.- odparła pokornie.
Dotarły do jadalni nader szybko. Rosa okazała się być otwartą osóbką, dość zadziorną zresztą jak na służkę. Nie dziwota, że Esther w swoim przekonaniu o ideale swojej osoby oblała biedaczkę winem.
Wkroczyła do niewielkiej, przytulnie ustrojonej sali. Wszystkie wybranki już siedziały na miejscach. Smok wylegiwał się między służbą, dając się najwidoczniej zauważyć jedynie Zoe. Reszta nie zwracała na niego uwagi. Uśmiechał się tajemniczo, dopóki nie wkroczyła do pomieszczenia. Ściągnęła brwi, obserwując go kątem oka. Zaraz potem zwróciła uwagę na fakt, że Złoty przygląda się Esther. Ta z kolei nadymając policzki na siłę próbowała się uśmiechnąć. Widocznie nie leżało jej, że ta suknia, która jej się spodobała idealnie pasuje na dziewczę z blizną.
-Nareszcie jesteś, kochanico kapitana.- rzuciła uszczypliwie z odrazą w tonie głosu i odwróciła głowę, opróżniając kielich z winem jednym haustem.
-Spróbuj się nie upić, to może wtedy porozmawiamy.- Zoe uśmiechnęła się nadto życzliwie i zasiadła na swoim miejscu między Kruszyną i Artystką. Po przeciwnej stronie stołu stało jeszcze jedno puste miejsce.- Spodziewamy się jeszcze kogoś, jak sądzę.- zauważyła, że Esther siedzi tuż obok tego pustego miejsca. Pewnym było, że to smok tam zasiądzie. Liczyła chyba na to, że będzie bliżej niego.
Artystka nie czekała na resztę, zaczęła pałaszować talerze znajdujące się w pobliżu. Jadła za dwie, mimo tak drobnej figury.
-Spokojnie, bo dostaniesz czkawki.- Kruszyna również starała się stonować swój głód. Jadła trochę wolniej, robiąc spore przerwy. Esther natomiast wciąż zasłaniała twarz za kielichem wina, bawiąc się swoją kolią i zerkając tęsknie w kierunku każdego wejścia do jadalni. Zoe zerknęła na miejsce, w którym jeszcze kilka chwil temu siedział smok.
-Polecam wołowe roladki z warzywami, droga pani.- Złoty nachylił się nad Zoe, podstawiając jej półmisek z roladkami. Rozbawiony jej wystraszoną reakcją tylko bardziej uniósł kąciki ust i spojrzał jej znacząco w oczy. Widocznie bawił się w najlepsze, mogąc się wcielić w jeszcze inną postać niż zamierzał.
Wszystkie dziewczęta zastygły w bezruchu.
-Oj, Esther, Esther.- wyprostował się.- Obiecać ci złotą komnatę i najlepsze kreacje świata i zachowasz się, jak ci zagram. Izae. Ta kruszyna się buntuje. Za to Ciaeal ma niepohamowaną żądzę głodu. Co zresztą widać, moja droga Zoe.- Złoty krążył wokół stołu, a gdy wspomniał imię dziewczyny, poruszyła się niespokojnie, obserwując, czy aby na pewno żadna z jej towarzyszek, ani służba nie usłyszała tego imienia.- Chwyć za tacę. Szkoda byłoby ubrudzić tak piękną kreację.- zasiadł na przygotowanym dla siebie miejscu. Zoe nie miała dużo czasu na reakcję. Tacę pochwyciła w ostatnim momencie, gdy niesforny sługa wypuścił ją z rąk. Nie wiedział gdzie się znajduje.
-Przepraszam.- ukłonił się nisko. Na szczęście ciemnowłosa zdążyła pochwycić półmisek w taki sposób, że jedyna roladka, która postanowiła się wymknąć wylądowała z pacnięciem na jej talerzu.
-Nic się nie stało.- Zoe oddała mu półmisek i usunął się skruszony. Zaraz potem dziewczęta zorientowały się, że mają gościa przy stole. Zlękniona Esther chwyciła się za pierś, by zaraz zagrać twardą.
- Och, jesteś już.- wachlowała rzęsami, prostując się bardziej. Zoe mało nie parsknęła śmiechem. Dusząc w sobie tą reakcję, zdobyła się jedynie na krótki uśmieszek.
-Nie chciałbym, byście czuły się tu jak w klatce, drogie panie. Czujcie się jakbyście tu mieszkały od zawsze.- spojrzał ukradkiem na Zoe, która wbrew wszystkim zajęła się jedzeniem zdobytej roladki. Pozostałe kobiety przestały jeść, wpatrując się w smoka, zadziwione i zastanawiające się jakim sposobem się tu znalazł.
-Czemu nas naznaczyłeś?- spytała otwarcie ruda kulka.
- Coby nikt inny się Wami nie zainteresował, kiedy to ja mam was na uwadze.- oznajmił melodyjnie. Kruszyna syknęła, chwytając się za okutą w złoto lewą dłoń. Zoe zmroziła go wzrokiem, narażając się na ścisk w talii, ale zamiast tego poczuła niezręczny ból w okolicach oka, gdy ich spojrzenia się spotkały. Nie dała tego po sobie poznać.
- To nie wyjdziemy z zamku dopóki nie wybierzesz, którejś z nas?
- Kto to powiedział? Możecie przecież wyjść w każdej chwili.- zmrużył oczy. Nie musiał obserwować reakcji.- Podejrzewam, że ta kolacja była złym pomysłem. Zbyt drętwo się robi. - machnął teatralnie ręką.- Może pójdziecie do Skrzydła Gryfa? Rozluźnicie się, poznacie się lepiej w przytulniejszym otoczeniu.
-Nie pójdziesz z nami?- Esther udawała słodką lolitkę.
-Nie chcę was rozpraszać swoją obecnością, moja droga Esther.- nachylił się w jej stronę, jeszcze mrucząc jej coś do ucha. Rozpromieniła się, kryjąc zadowolenie za pustym już kryształowym kielichem po winie. Przez to wyraz jej twarzy zniekształcił się w komiczny sposób. Kruszyna to zauważyła i uśmiechnęła się blado, spuszczając wzrok na nieskończone jedzenie.
-Bawcie się, dziewczęta!- na to hasło na kolanach każdej z istotek pojawiła się sakiewka ze złotem, odwracając ich uwagę od jego zniknięcia.

Gotowe do wyjścia już były, a jakże. Wystarczyła tylko decyzja większości.
Zoe trzymała się na tyłach, gdy tak kroczyły przez ulice miasta. Ludzie odsuwali się od nich, jako że były naznaczone, ale gdzieś tam w cieniu uliczek przemykały nieprzyjaźnie wyglądające postacie. Jeśli Raymond nasłał na nie swoich ludzi i ona nie będzie bezpieczna. Tak działa robota pod przykrywką. Z drugiej strony jednak Ray nie odważyłby się zadrzeć ze smokiem, nawet jeśli jest tym nieuchwytnym Królem Podziemia.

W restauracji już widniała przygotowana dla nich loża. Szkarłaty, płótna, złocone ozdoby, duszący aromat eterycznych olejków i magiczne kominki wypełnione skrzącymi się żywo kamieniami w strefach dla ważnych gości. Nie to nie było miejsce, w którym się jadło. To była typowa pijalnia wszelkich alkoholi znajdujących się w zasięgu królestwa. Schemat jaki się tu rozgrywał wyglądał następująco. Wkraczało się tu, nabierając ochotę na najsłodsze wino, jakie mieli w karcie alkoholi. Taką właśnie Zoe nabrała ochotę. Otrząsnęłaby się z tego, gdyby nie fakt, że już wciśnięto jej do rąk butelkę i szklanicę. Przyduszone olejkami zmysły sprawiły, że trunek szybko uderzył jej do głowy. Inne panny nie czekały na odpowiedni moment, a Kokietka zaczęła szukać wśród gości kogoś do flirtowania.
-Przestań, babo. Zwracasz na siebie uwagę.
-Och, to ty przestań! Nie potrafisz się zachować w obecności Smoka jak należy, więc nie mów mi co mam robić!- pisnęła, puszczając oczko do pewnego jegomościa, który obserwował co się dzieje w loży z niemałym zaciekawieniem.
-Esther. do siedmiu bogów! Tobie to chyba wszystko jedno z kim pójdziesz do łóżka, byleby ci obiecał złote góry.- parsknęła Naith.
-Bo tak jest.- dodała Artystka nalewając do szklanki więcej napitku. Najwyraźniej potem stwierdziła, że lepiej będzie opróżnić samą butelkę i tak też zrobiła. Izae popijała skromnie, kurczowo trzymając sakiewkę ze złotem, coby jej nie zgubić.
-Rozluźnij się.- Zoe rozłożyła się na oparciu kanapy.- Zachowując się tak dajesz potencjalnemu napastnikowi do zrozumienia, że masz coś cennego. Wiem co mówię.- nie skłamała. Gdy jeszcze żyła z drobnych kradzieży, to była jedna z metod na szukanie zarobku.
-Naprawdę? Niech tylko spróbują.- jeszcze bardziej zacisnęła piąstkę na zamknięciu sakiewki. Tym razem na jej twarzyczce pojawiła się determinacja, toteż szybciej opróżniła naczynie.
Ciaeal zaszyła się w kącie i zaczęła rysować, przegryzając zakąski. Esther podeszła do baru i zaczęła dyskutować z jegomościem, którego zbystrzyła już wcześniej. Ruda rozsiadła się, powoli przysypiając.
Pozostałe trzy kobiety zaszyły się w swoim gronie, debatując na temat drapowań i wystroju restauracji. Jedna z nich klęła w najlepsze i coraz więcej proporcjonalnie do ilości opróżnionego napoju. Pozostałe dwie chichotały już bardziej między sobą.
W pewnym momencie Zoe poczuła, że sakiewka przyczepiona do jej płaszcza znacznie się poruszyła.
-Ani się waż ruszać tej sakiewki, paskudo.- warknęła, nie patrząc na złodziejaszka. Pożałowała zaraz, gdy złapana za szyję została ściągnięta gwałtownie z kanapy.
-Co tu robi tyle pięknych kobiet, w takim miejscu?- kilku potężniejszych mężczyzn stanęło murem osłaniając całe zdarzenie swoimi cielskami. Kokietka za chwilę została przyprowadzona przez jegomościa i nagle pół obsady w restauracji stało się wrogami Wybranek.- Wyskakujcie z sakiewek, to może nie zrobimy Wam nic złego.- jegomość chwycił Kokietkę pod brodę, obserwując jej twarzyczkę.
Nie było tu smoka. Nie tym razem.
I to nie z jego powodu miały teraz kłopoty. Tego Zoe była pewna. Nie byli to też ludzie Raymonda. Poznałaby te parszywe mordy. To ktoś z zewnątrz.
Została usadzona z powrotem na miejscu siłą, otumaniona uprzednim zderzeniem z podłogą. Jeszcze chwilę trwało nim dotarło do niej, co się dzieje i ilu przeciwników ma przed sobą. Esther zaczęła łkać rzewnymi łzami w narastającej bezsilności. Liczyła chyba, że smok przyjdzie im z ratunkiem, przez co rozmazał jej się misterny makijaż. Gdyby tylko Rosa widziała w jak żałosny sposób Kokietka zniszczyła jej pracę...
To nie jedyny mankament jaki dało się odkryć.  Szkarłatna suknia uległa rozdarciu niemal w tym samym miejscu co podczas niefortunnego Balu.
Szybki plan. Rozsunęła nogi, szukając oparcia, by wystrzelić z miejsca i powalić jednego z drabów na plecy. Szturchnęła łokciem Kruszynę, dając jej znać by zwolniła ucisk na sakiewce. Zrozumiała przekaz niemal wypuszczając ją z ręki. W tym momencie jeden z napastników schylił się by wyrwać woreczek ze złotem z jej osłabionych objęć, ale Zoe była szybsza. Cisnęła sakiewką w twarz jegomościa, sprawiając, że wypuścił Kokietkę z objęć. Rzuciła się zaraz na pochylonego draba, uderzając go pod kolanem pięścią, by stracił równowagę. Rąbnął z hukiem o stół stojący naprzeciwko i już się nie podniósł. Drugi z bandytów jegomościa podbiegł by pomóc mu wstać. Wskoczyła na niego, odbijając się, by i go powalić.
-W nogi, no!- pogoniła resztę dziewczyn, oniemiałych z wrażenia. Kokietka puściła się do wyjścia, potykając się o własne nogi. Wyłożyła się na buciorze omdlałego draba i straciła przytomność. Jeszcze jeden. Czaił się na Zoe. Skoczył w jej kierunku, gdy Artystka pisnęła, że ma nóż w ręce. Poszły iskry. Nóż osunął się po jej talii, a chłop stracił równowagę zaskoczony zupełnie. Ściągnęła pełną butelkę ze stołu i przysunęła mu nią prosto w dziób. Kołysał się jeszcze na wiotkich nogach, dopóki to Kruszyna nie poczęstowała go prostym strzałem z pięści. Zostało ich jeszcze dwóch.
Jegomość szamotał się pod półprzytomnym rozbójnikiem, wściekły. Miał zapewne powiedziane, że to będzie banalny zarobek.- Kto cię nasłał?- Zoe nie zwracała już uwagi na resztę zebranych. Postawiła obcas na plecach półprzytomnego i wsparła rękę na kolanie. Powiększony rozporek na biodrze odsłonił całkowicie jej nogę.
-Jeszcze was dorwiemy.
-Wydaje mi się, że niewiele zdziałasz, paskudo. Kapitan się z wami rozmówi na osobności.- skinęła na Artystkę, żeby wezwała straże. Ta, wyślizgnęła się z kanapy i zniknęła za drzwiami wejściowymi.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

|133| Kruszyna, Kokietka, Artystka

Czas na nową notkę, moi drodzy. Produkuję się, żeby się nie zastać z wyobraźnią. Mam nadzieję, że ten rozdział jest w jako takim ładzie i składzie. Prywatnie nic się więcej nie zmieniło, jest tak jak w poprzedniej notce.
Enjoy, my fellow lads.

Rozdział jedenasty nadchodzi.


Co to za czasy, ile umysłów, tyle fantazji.


Skoro świt z błogiego snu wyrwało brunetkę dobijanie się do drzwi.
-Otwierać!
-Nie pali się!- odparła owijając się kocem. Nie miała zamiaru podnosić się z łóżka, ale niecierpliwi goście uderzali w niczego winne wrota jeszcze bardziej natarczywie. Wypuściła powietrze z płuc zerkając przez okno na niebo. Podźwignęła się rozespana i przeszła przez kawalerkę. Strażnicy stanęli na baczność, gdy tylko zobaczyli, że drzwi się uchylają.
- Ma pani rozkaz odnośnie spotkania się za chwilę z Radą w zamku.
-Słucham?- odgarnęła włosy za ucho.- Co ja im zrobiłam?
-Pani zadaniem będzie podniesienie morali zebranych kobiet.
-To nie jest wojsko.- prychnęła i trzasnęła drzwiami.- Powiedzcie im, że będę za pół godziny!- krzyknęła jeszcze w stronę drzwi.- I wcale mi się tam nie spieszy...- przeciągnęła się wchodząc już jedną nogą z powrotem pod kołdrę. Pukanie do drzwi nastąpiło po raz kolejny.- Powiedziałam przecież, że...- tym razem zostawiła koc za sobą i poirytowana otworzyła drzwi na oścież.
-Lepszego powitania wymarzyć sobie nie mogłem.- mężczyzna wkroczył do mieszkania prezentując swoje białe zęby w szelmowskim uśmieszku. Obszedł dziewczynę i powoli wyswobodził klamkę z objęcia jej dłoni. Zoe oniemiała z wrażenia dopiero po chwili była w stanie się ruszyć.
-Złoty. Co ty tu robisz?!- syknęła, a wtedy wstrzymana akcja organizmu wróciła z podwójną siłą.
-Przybyłem w odwiedziny.
-Jesteś najdurniejszym smokiem, jakiego w życiu widziałam na oczy.- niemal krzyknęła. Czerwona na twarzy skierowała kroki w stronę łóżka, by zgarnąć ze stojącego przy nim kufra swoje rzeczy.
- Przytulnie tu. Testowałaś już to łóżko?- smok nie przejmował się najwidoczniej niczym. Za nic miał też fakt, że kapitańska kawalerka miała nadzwyczaj mało miejsca na przebieralnię. Lustrował zachowanie Zoe, gdy wciągnęła na siebie spodnie i podniosła halkę do wysokości piersi. Blizna po strzale na prawym boku goiła się ładnie.
-Kiedy zamierzasz pojawić się w zamku?
-Może dziś, może w południe, może w środku nocy.- wymieniał, naciskając niezbyt subtelnie na środek nocy.- Może za tydzień, albo za miesiąc. Sam nie wiem.- teatralnie wpatrywał się w swoje dłonie, pozwalając dziewczynie się przebrać, bez obaw, że będzie ją podglądał.- Powiedz, moja Zoe. Jak daleko zaszłaś z kapitanem?- przystanął odwrócony do niej tyłem. Prychnęła rozbawiona pytaniem.
-Niewiele dalej od momentu w którym zaczął się mną opiekować po twojej "śmierci".-wstrzymała się na chwilę z przebieraniem.
-Dość beztrosko się przebierasz. Kapitanowi to nie przeszkadza?- drążył dalej smok. Zerknął na nią, mrużąc oczy znacząco.
- Nie ma go już, kiedy wstaję.- stwierdziła.- Muszę spotkać się z Raymondem zanim pójdę do Rady. Przyszpilić go odrobinę.
-Zoe, moja Zoe. Powinnaś być mu wdzięczna, wiesz?- zaczął smok.
- Co masz na myśli?
-Gdybyś uciekła poza miasto, musiałbym cię zabić.- podszedł do niej.- Dlatego właśnie gardzę ludźmi, bo nie wykorzystują danej im szansy.
-A wyglądam na taką, której pasuje tego typu szansa do wykorzystania? Nie nadaję się do tego i doskonale o tym wiesz. Zacisnąłeś mnie w tym imadle i nie mam najmniejszej możliwości, żeby się z tego wyrwać.
-Nie. Ty jesteś odpowiednia i mam co do ciebie ambitne plany.
-Jakie, jeśli można wiedzieć?
-Nie można. W swoim czasie.
- Ty wiesz, co Raymond przekazał w liście Ethanowi? Mów!- złapała go za ramię, zapominając zupełnie kim jest i jak bardzo cierpiała ostatnio, gdy zrobiła coś podobnego. Smok zmrużył tylko oczy ostrzegawczo. Zrozumiała przekaz i odskoczyła gwałtownie, potykając się o koc. Podźwignął ją błyskawicznie i pchnął w kierunku łóżka.
-Mam ci bardziej oszpecić buźkę?- zapytał wciskając kciuk w jej nadgarstek. Zatrzęsła głową w panice.- Zuch dziewczę.- oczy rozbłysły mu pożądliwie. Blizna na jej powiece zapiekła niemiłosiernie, sprawiając, że Zoe musiała zamknąć oczy.

Ocknęła się na podłodze w momencie, w którym strażnik chciał ją obrócić na plecy. Zauważyła wyważone drzwi i zorientowała się w końcu o co chodzi. Musiało być naprawdę późno, skoro posunęli się do takiego wyczynu. Podniosła się o własnych siłach i zaraz pożałowała, że podparła się rękoma. Nadgarstki bolały ją niesamowicie i już miała podciągnąć rękawy, by sprawdzić czy wszystko z nimi w porządku, gdy do pomieszczenia wtłoczyła się kolejna gromada ludzi. Jakby z trzema tęgimi strażnikami nie było już tu tłoczno.
-Miałaś się stawić o poranku.- rzekła kapłanka.- Smok zjawił się późnym popołudniem i naznaczył siedem kobiet.
-Jak to... Naznaczył?- dziewczyna była jeszcze zamroczona bólem w nadgarstkach. Po chwili zaledwie zaczęła modlić się, by ten ból nie okazał się owym naznaczeniem. Miała naprawdę szczere nadzieje, że Smok się jednak rozmyślił co do jej osoby.
-Rozpiąć jej koszulę.- rzucił stary Vladik, najwidoczniej bez namysłu, bo strażnik zawahał się.
-Czego w zasadzie szukacie?- Zoe podniosła się z podłogi, siadając na krawędzi łóżka. Przetarła twarz, narażając się na zdawkowe spojrzenia zebranych.
-Złotych obręczy w uszach, na szyi i na kończynach.- wytłumaczyła kapłanka. Wtedy też ból w nadgarstkach zaczął jawić się jako ciężar jednolitych obręczy, zaciśniętych wokół nadgarstków, lodowatych, wrośniętych w ciało kajdanek. Przynajmniej to powiedziała jej wyobraźnia. Poderwała rękawy do góry, przerażona, ale niczego tam nie było. Na nogach i szyi też niczego nie znalazła. I miałaby już odetchnąć z ulgą, gdyby nie fakt, że chwytając się za mostek w uldze, poczuła coś jakby pas, zaciśnięty na talii. Kończył się pod linią żeber i zgrywał się z ich ruchem, nie dając się odczuć.
-Złoty kolczyk, pani.- jeden ze strażników zauważył błysk między jej włosami.
-Bzdura...- prychnęła Zoe.- Nie noszę przecież...- chwyciła się za lewe ucho, wyczuwając i tam metalową ozdobę na tyle delikatną, że mogłaby ją z łatwością rozerwać.

Podłe uczucie towarzyszyło jej do samych bram zamkowych. Czuła się jak skazaniec, a nie jak jedna z kandydatek. Zatrzymała się na chwilę, a strażnik pchnął ją, wzmagając tylko jej poczucie odrazy całą sytuacją. Niewiele już trzeba jej było, by zaczęła układać w głowie plan, jak to zrobić na przekór wszystkim i uciec z tego cholernego miasta, po drodze dowiadując się kilku rzeczy od starych przyjaciół, bo przecież kapitan zostawił ją z wieloma pytaniami do Raymonda.
Na dziedzińcu stały dwa tuziny namiotów, z czego jeden wyróżniał się nie tyle rozmiarem, co ozdobami.
W namiocie przesiadywały wybrane panny. Wystarczyło na nie spojrzeć, by dowiedzieć się, że będzie to interesujące wydarzenie. Rozmawiały o czymś, siedząc na poduszkach i pufach do czasu, gdy nie pojawili się kolejni goście. Zoe zmrużyła oczy, obiegając wzrokiem po zebranych. Dziewczęta były różnej urody, więc smok nie przebierał w środkach, ale wszystkie miały jedną wspólną cechę - złoty przedmiot, wyraźnie rzucający się w oczy i nie do zakrycia. One również przyglądały się dziewczynie. Jedna z nich pokręciła nosem, widząc delikatny kolczyk w uchu Zoe. Przebiegła palcami po złotej kolii opadającej na wyeksponowany biust. Inne dziewczęta bawiły się swoimi bransoletami, zapewne próbując też rozmasować uciśnięte miejsca. Ze dwie z nich zaledwie odsuwały naznaczone kończyny, jakby bały się, że coś im się stanie.
Usiadła na wolnym miejscu nieopodal kruchego dziewczęcia o jasnej karnacji. Mimowolnie spojrzała na blondynkę z troską w oczach i przez myśl przemknęło jej, że chciałaby ją obronić przed tymi lwicami z naprzeciwka. Kruszyna uśmiechnęła się do niej słabo. Widocznie to, przez co musiała przejść już podczas obławy sprawiło, że teraz może jedynie odpocząć.
-To już wszystkie wybranki?- Vladik upewniał się, niezbyt przekonany, co do tego faktu.
-Miejmy nadzieję. Jest was osiem, dziewczęta. Przydzielimy wam komnaty w zamku. Wieczorem, przy zaleceniu smoka, wystawimy kolację. Macie teraz czas dla siebie.- oznajmiła lakonicznie kapłanka Sieen. Nie była zadowolona, że odbyło się to wszystko w taki sposób, drogą konkursu poprzedzonego wiadomymi zdarzeniami.
- Kapitan już wie, że smok nas wybrał?- zapytała Zoe nagle, bo im bardziej kapłanka oddalała się w kierunku wyjścia, tym bardziej uciążliwa stawała się blizna na jej twarzy. Ściągnęła brwi, rozglądając się po namiocie. Złoty je z pewnością obserwuje, bo w innym przypadku nie zmusiłby jej do tego pytania.
-Ta informacja powinna już do niego dotrzeć, panno Naith. Zna pani swoją rolę w tym zespole. Proszę się do tego zastosować.- odparł zastępca kapitana. Jeden z jego dryblasów z którymi zwykł wozić się dawniej podczas obchodów w mieście. Pamiętała go doskonale. Powstrzymała echo bólu głowy, którym ją niegdyś poczęstował, gdy cudem mu się wywinęła.
Tymi słowami się pożegnali.
-No, proszę. Jaką masz rolę do odegrania, koleżanko?- odezwała się kobieta o sporym biuście przekonana najwidoczniej, że jest tu jedyną wybranką.
-Podnieść wasze morale, byście jednak tu zostały. Najwidoczniej Tobie, moja droga nie jest to już potrzebne.- odparła zgryźliwie Zoe.
-Smok chyba cię wziął w gratisie. Kolczyk? Tylko tyle ci dał?- kontynuowała brunetka, przekładając nogę na nogę.
-Wolałabym, żeby mnie tu nie było, doprawdy.- odwarknęła, podnosząc się z miejsca.
Nie wiedzieli o jej pasie w talii. Może to i lepiej. Poczuła jak złoto uciska delikatnie na bliznę na boku. Uśmiechnęła się krzywo.- No, dobrze! O czym rozmawiałyście, zanim tu weszłam? O nim? Jaki jest?
-Przystojniak...
-Królewicz.
-Przecież to gadzina.- odparsknęła Zoe.
- To chyba nie widziałaś go w ludzkiej postaci.- rzuciła rozmarzonym tonem, piegowata kulka z rudymi prostymi włosami. Ładną miała buźkę i duże błękitne oczy.
-Chodzi wam o tego nonszalanckiego, perwersyjnego osobnika o dziwnym kolorze włosów?
-Dobrze ujęte.- sarknęła złotooka szatynka.
-W ogóle po co nas wszystkie wybrał? Dlaczego jest nas tak dużo i dlaczego to złoto tak boli?- odezwała się Kruszyna, płonąc rumieńcem.
-Przecież to nie boli.- czarnulka parsknęła z wyrzutem. Zoe zmroziła ją wzrokiem i klęknęła przy Kruszynie.
-Spokojnie, zrelaksuj się i powinno być wszystko w porządku. Mnie po prawdzie też ucho piecze niemiłosiernie, ale staram się to ignorować.
-Hej, a może ty nie jesteś wybranką? Kolczyk da się zdjąć, albo rozciąć nożycami. Mniejsza ujma na uchu niż na ręce, albo szyi. Nie udajesz czasem, żeby dostać się do smoka?- wyrzuciła z siebie ostatnia z dziewczyn. Mała okularnica o srebrnych oczach i niemal białych włosach. Ręce poplamione od atramentu, notes przyczepiony do pasa, magiczne pióro zawieszone na rzemyku dyndało tuż pod jej niewielkim biustem.
-Jeśli masz na tyle analityczny umysł, na jaką wyglądasz, to wiedziałabyś, że nie wpakowałabym się w to za nic w świecie.
-Nie jestem naukowcem. Jestem artystką.- fuknęła, najwidoczniej urażona. Zoe skinęła głową z aprobatą.
-Masz podobno podnieść nasze morale, a tymczasem wciskasz nam jak bardzo nie chcesz tu być.
-Dostałam takie zadanie od samego kapitana. Nie skupiajcie się na mojej osobie.
-Skąd masz tę bliznę na twarzy?
-Z Arenem wjechaliśmy do miasta tuż przed nalotem smoka.- zrzedła jej mina. Nie lubiła rozmawiać o sobie, zwłaszcza jeśli musiała kłamać.

Dość było rozmów na temat jej osoby, choć kilka osób najwyraźniej korciło, by dopytać się Zoe, jak toczy się jej relacja z kapitanem straży. Rzeczy i tak jednak sprowadzały się do dyskusji na temat smoka i fantazji na temat jego ludzkiej postaci. Typowe damskie pogawędki, w których prym wiodła brunetka z kolią. Dość szybko dziewczęta się podzieliły, stając albo po stronie Zoe, albo po stronie Kokietki w trakcie jednej z dyskusji odnośnie upodobań wszelakiej maści.
Stałoby się to bardziej drapieżne, gdyby nie strażnicy, wkraczający do namiotu, mający za zadanie zaprowadzić dziewczęta do przydzielonych im komnat.
Zoe dostała pokój z balkonem, w którym już kiedyś była.
-Ptaszek w złotej klatce, co?- podeszła do płonącego kominka, podnosząc porcelanową figurkę kota i oczyszczając ją z kurzu, który zdążył się na nim zebrać po ostatniej wizycie. Podeszła do balkonu. Strażnicy dość regularnie obchodzili ogród, znikając na dłuższy czas za rogiem zamku.- Dzisiaj znów będzie padać, wspaniale.- przesunęła wzrokiem po niebie uspokajając myśli po kłótni z Kokietką. Nawet nie poznała ich imion. Zresztą, na to będzie miała dużo czasu. Wycofała się, zasiadając w fotelu między poduchami.
-Kłamstwo ci służy, najwidoczniej.- usłyszała za swoimi plecami. Drakonita wsparty na fotelu z udawanym zaciekawieniem obserwował swoje zgrabne dłonie, oświetlone jedynie płomieniem z kominka.
-Nawet do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć w czym leżą twoje intencje, Auruo.- prychnęła.
-Dawno nie słyszałem już tego przezwiska z twoich ust, moja Naith.- wyśpiewał. Nie odpowiedziała mu na to.- Zmieniłem zdanie, wiesz? Tu jest tyle pięknych dziewcząt, że nie jestem w stanie już zadowolić się tobą. Jesteś co prawda wyjątkowa, ale niestety nie na tyle, by być moją faworytką.- dodał. Nie poruszyła się nawet o milimetr. W tej jednej chwili dał jej do zrozumienia, że nie jest już wiele warta.
-Mogę już sobie iść w takim razie. Czemu tylko sprawiłeś, że Kruszyna musiała dołączyć do grona tych wyjadaczek?
-Wiedziałem, że ci się to nie spodoba. Podobnież nie lubisz spadku w swojej formie, toteż daję ci pole do popisu. To filigranowe dziewczę aż się prosi, żeby je zdusić, skruszyć, złamać.- kontynuował z narastającym podnieceniem w głosie.
-Na to ci nie pozwolę.- spojrzała na niego wilkiem.
-Więc masz powód by tu zostać, moja droga Zoe.- jego oczy błysnęły zaciekawione. Prychnęła, rzucając porcelanowego kota na poduszki. Zatopił się w nich miękko.- A teraz wybacz, muszę odwiedzić pozostałe kandydatki. Nie mogę przecież dać im do zrozumienia, że bardziej lubię przebywać z tobą, aniżeli z nimi.
-Niech się dowiem, że ruszyłeś Kruszynę...- rzuciła ostrzegawczo, ale jego już nie było. Opadła więc na poduchy miękko, jak ten porcelanowy kot. Westchnęła ciężko na myśl o tym, że znów dała się wciągnąć w kolejną gierkę smoka.

niedziela, 17 stycznia 2016

|132| Cholibka





Dawno mnie tu nie było, co nie zmienia faktu, że nie wchodzę na blogspota.
Zbieram myśli na napisanie notki, co się u mnie dzieje od dłuższego czasu.
Właśnie od dłuższego czasu nie mam go wcale na życie. Pracuję na dwie zmiany po dziesięć, czasem dwanaście godzin. Jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie. Nie mogę spać w nocy. Od października zaledwie schudłam prawie pięć kilogramów. Wszystkie spodnie zjeżdżają mi z tyłka, trzęsą mi się ręce. Zdarza mi się mieć taki charakterystyczny ucisk w klatce piersiowej, ciężko mi się oddycha. To może być panika, albo coś...
Taki tryb życia nie jest dla mnie. Poczekam jednak aż odłożę więcej pieniędzy, zrobię prawo jazdy i rzucę tę robotę w cholerę.
Niemiło się zaczęła ta notka, co?
Chciałabym, żebyście wiedzieli, że nie jest tak w porządku.
Nie jestem w stanie przyjąć rzeczy takich jakimi są.
Ciężko mi nawet teraz się uzewnętrznić. Zaciskam zęby, próbuję być silna, ale nie potrafię.
Dziwię się strasznie, że moi współpracownicy wytrzymują taki tryb życia od dawna, kilku dobrych lat. O ile nie kilkunastu.
Naprawdę nie chcę dołączyć do grona Zestresowanych, żrących tabletki na uspokojenie tonami, żeby móc normalnie zasnąć. NIE CHCĘ.
Wiem jednak, że zmiana pracy wiąże się z ciężką drogą, bo ciężko jest w moim powiecie z pracą. Boję się też, że jeśli nawet wyprowadziłabym się od rodziców - nie dam sobie rady.
Dorosłe życie jest cholernie ciężkie.
Najgorsze jest narzekanie, jak to ludzie mają ciężko w pracy? Och, ludzie. Wszyscy mają ciężko.

Może to moja wina. Nie wiedziałam/ nie przewidziałam, w co się pakuję zgadzając się przejść do innego działu w zakładzie...
Nuda. Zanudzam Was. Przez te kilka miesięcy nikt mnie już chyba nie odwiedza.
Zaniedbałam Was i siebie przy okazji.
Najłatwiej jest się poddać. Nie dyskutować, przyjąć sytuację taką jaka jest.
Nie chcę tego. Czekam na odpowiedni moment, żeby się stąd wyrwać. Bylebym go tylko nie przegapiła.

SZLAG.

Byłam na Hellconie. Wybieram się na Pyrkon. Dostałam zaproszenie na wrześniową sesję zdjęciową grupy cosplayowej z Katekyo Hitman Reborn. Na Pyrkonie mam zamiar być najstarszym Lambo. Peruka jest zamówiona. Upatrzony płaszcz muszę tylko kupić i przerobić. Reszta to nie problem. No, może buty. Spróbuję swoich sił w cosplayu. Co mi szkodzi? Może gdy będę miała inne zajęcie nie będę się tyle stresować?

Prawie zepsułam swój tablet graficzny, ale jeszcze działa, jeśli nie ruszam kabla.
Nowy telefon nie cieszy mnie tak jak powinien. Aparat jest beznadziejny, może to dlatego. Albo zwyczajnie nie jest mi potrzebny do życia taki sprzęt. Strata pieniędzy, huh? Muszę to wziąć na siebie, jak dorosła osoba. O, ironio.

Wasza Aikoo. Bez odbioru.