Informacje

Czcionka w notce wydaje Ci się za mała?
Wystarczy przytrzymać klawisz CTRL i przybliżyć obraz strony przy pomocy rolki na myszce, bądź wciskając +.

ZANIM ZACZNIESZ...
Jeśli zamierzasz napisać, że blog jest "fajny" i nie zostawić treściwego komentarza, wskazującego na to, że notkę przeczytałeś, skieruj się do strony "Kontakt i SPAM". Jestem łapczywa i komentarze wszelakie sobie zostawię, ale będę wiedziała, że czytasz coś z bloga, zamiast się bezczelnie reklamować.

Uprasza się o nie kopiowanie treści zawartej na blogu.

©Aikoo

poniedziałek, 22 lutego 2016

|136| Żytnia w sianie

Rozdział 13

Krew się w niej zagotowała już dawno temu, ale teraz dopiero poczuła dreszcz emocji, czując na swoich plecach mrowienie. Zupełnie jakby ktoś wpatrywał się w nią nienawistnie. Obróciła głowę, by spojrzeć w tamto miejsce.
Właściciel Skrzydła Gryfa, roztrzęsiony, stał w zabarykadowanym już wejściu. W rękach trzymał kuszę z samozapalającymi się bełtami
- Chcesz puścić wszystkich z dymem, człowieku?!- chwyciła tacę z podłogi.
- Moja najdroższa Pesea. To wasza wina!  To przez Was smok zabił moją żonę!- staruszek miał trzęsące się ręce. Trąciło od niego alkoholem. Najwidoczniej szykował się do tego od dłuższego czasu, aż trafił mu się odpowiedni moment.
Zoe skrzywiła się. Echo bólu po postrzale rozniosło się promieniując nieznośnie na całe ciało. To jednak było mało ważne w tej chwili. Ważniejsze, co zrobi właściciel pijalni, uraczony własnym drinkiem z alkoholu i żałoby po stracie małżonki.
Kokietka zaczęła się przebudzać w najmniej odpowiednim momencie. Mężczyzna spanikowany nagłym ruchem dziewczyny i strzelił w jej stronę. Posypały się iskry, strzała odbiła się od tacy i zostawiając za sobą języki ognia śmignęła przez pomieszczenie niefortunnie wbijając się w ramię Rudej. Przebudziła się zaraz, rażona nie tyle bólem postrzałowym co roznoszących się po jej ciele płomieniach. Alkohol. Za dużo tu tego w powietrzu. Zoe uświadomiła sobie fakt, o którym nie trzeba było w ogóle wspominać. Wybiłaby jakieś okno, zrzuciła firanki, oblała by Rudą wodą. Gdyby tu była ta cholerna, czysta woda!
Nic, tylko alkohol. Wrzask dziewczyny przeszywał każdy zmysł pozostałych zebranych, paraliżując ich. Właściciel wpatrywał się w to niczym zahipnotyzowany, dopóki pozostali goście nie rzucili się do ucieczki przed roznoszącym się dymem z palonego ciała. Kruszyna uskoczyła pod ścianę, by zwymiotować. Zoe powstrzymywała się tylko dlatego, że ktoś musiał tu zachować zimną krew. Tłum przetrącił ją i o mało by nie staranował  ledwo świadomej Esther, gdyby nie ciemnowłosa, która zapierała się łokciami, żeby ją osłonić.
- Wstawaj, sieroto!- ryknęła do Kokietki.
Skrzydła Gryfa za chwilę nie będzie. Wszystko pójdzie z dymem, jeśli ten szaleniec zacznie ciskać pociskami po całej sali. Czarnulka bełkotała coś niewyraźnie o pieczeni, że jest na diecie i nic nie zamawiała. Naith ściągnęła brwi, częstując kobietę solidnym kopniakiem w opięty lśniącym materiałem zadek. Miała ochotę kopnąć ją jeszcze raz, tak na zapas, ale sforsowane przez tłum drzwi przymknęły się na moment, by zaraz potem otworzyć się z impetem. Kapitan straży stanął w wejściu, lustrując wzrokiem pomieszczenie i rejestrując to, co zdążyło się tu wydarzyć. Kilku powalonych mężczyzn, tlące się zwłoki kobiety i właściciel karczmy z narzędziem zbrodni w rękach wystarczyły by znaleźć sprawcę zamieszania.
- Och, kapitanie!- Esther podźwignęła się na kolana, by podejść do kapitana.
- Lepiej siedź cicho.- Naith ściągnęła ją z powrotem na posadzkę, widząc poważną minę kapitana. Nie. Jemu nie było do śmiechu.
- Co masz na swoje usprawiedliwienie?- syknął, mrużąc swoje złote oczy podejrzliwie. Słowa kierował do pijanego mężczyzny.- Ta broń jest nielegalna. Wyobraź sobie, że za to obcinamy całą dłoń. Która jest ci cenniejsza?- zapadła cisza, przerywana tylko bolesnymi jękami Kokietki i ostatnimi podrygami Rudej. Rzęziła straszliwie, by za chwilę wyzionąć ducha.
- Ona nie żyje.-pisnęła Izae.
- Wracajcie do zamku.-odezwał się nagle kapitan, gwałtownie wytrącając kuszę z rąk pijaka. Naruszył przy tym cięciwę, powodując niefortunny wystrzał w kierunku Zoe. Otworzył szerzej oczy, śledząc strzałę, dopóki ta nie smagnęła jej w bok, ukazując kolejny skrawek złotego gorsetu. Dziewczyna upadła na podłogę, zaskoczona, jednocześnie zupełnie wystraszona reakcją kapitana, który tylko ściągnął brwi i powtórzył swój rozkaz.
Ewakuowały się więc pospiesznie do zamku, taszcząc za sobą półprzytomną Esther.
- Po tym co widziałam dzisiaj, potrzebuję solidnego drinka.- Zoe przetarła twarz, żeby choć odrobinę opanować emocje. To ona wraz ze smokiem podrzucała przypadkowym gościom biżuterię. To ona wskazała na Peseę, a teraz widziała przed sobą konsekwencje tej zabawy. Zadrżała w przerażeniu, pobladła i dopiero teraz zrobiło jej się niedobrze. Służba skierowała dziewczęta do pokoju wspólnego. Smok właśnie zabawiał się tam z jedną z panien, którą zapewne zbałamucił już gdzieś w ogrodowym zaułku.
Gdy tylko jego wybranki znalazły się w pomieszczeniu, odpędził rozochoconą dziewczynę od siebie. Zoe usiadła na kanapie przy drzwiach. Zwrócił uwagę na rozcięcie  w jej sukni, tak bardzo podobne do tego, które już raz eksponowało jej zgrabne nogi, dając mu przy okazji ładne widoki.
- Gdybyście mogli przynieść mi flaszkę żytniej,- złożyła ręce błagalnie w kierunku jednego ze służących. Ukłonił się i opuścił pomieszczenie pospiesznie.
- Szybko wam poszło, moje drogie.- obserwował każdą z osobna z rozbawieniem w oczach. Zoe zmroziła go wzrokiem.
- Napadli na nas! Tam w Skrzydle Gryfa!- Esther znów zaczęła swoje gierki ze smokiem.
- Jak to?- ściągnął brwi niezauważalnie. Jak mógł tego nie wyczuć? Zaraz potem wytłumaczył to sobie tym, że mógł to pomylić z chwilami ekstazy, jakie fundowała mu jedna z całkiem niebrzydkich służek.
Pod nosem Zoe zjawiła się flaszka z obiecanym alkoholem i szklanka. Dziewczyna pociągnęła kilka łyków prosto z butelki krzywiąc się niezmiernie od palącego uczucia w gardle. Zaklęła pod nosem wycierając usta wierzchem dłoni.
- Chrzanić to.- sarknęła zaraz. Gdy adrenalina opadła, poczuła zawroty głowy wywołane trunkiem.- Nawet nie zauważyłeś, że nie ma tu jednej osoby. Ruda miała szczęście, że mogła się uwolnić z tej złotej klatki.- mówiła do butelki, wąchając jej zawartość. Poczuła, że smok próbuje utemperować jej zachowanie, sprawiając, że zapiekła ją blizna na twarzy. Jednak wódka dostatecznie mocno znieczulała ból, by Naith była to w stanie zignorować. Uśmiechnęła się z przekąsem tuż przed kolejnym łykiem płomiennej wody.- Jesteście siebie warci.- skinęła na Esther. Ta otworzyła usta, urażona, teatralnie dotykając się piersi otwartą dłonią.
Naith podniosła się z kanapy, zdejmując buty i wyszła z pokoju razem z butelką.
Złoty odprowadził ją beznamiętnym spojrzeniem. Widocznie nie było to po jego myśli, ale zaraz potem przybrał inną maskę, kierując swoją uwagę na Esther.
- Skarbie, makijaż ci się rozmazał.- ujął ją pod brodę, ale Kokietka cofnęła się delikatnie przez ten gest. Zmrużył oczy, poirytowany z lekka. Widocznie ten dzień nie należał do najlepszych.
- Pójdę do siebie, jeśli mogę.- Kruszyna stała zmieszana w kącie, próbując się wtulić między służbę, zmieszać się z nimi, zniknąć. Smok spojrzał jej w oczy i skinął głową, uśmiechając się ciepło. Zarumieniła się znacznie, co mocno kontrastowało z jej blond włosami i opuściła pomieszczenie, czując jak jej bransoleta drży delikatnie pod jej palcami, ale już nie sprawia jej bólu.
Zoe ignorowała każdego przechodzącego osobnika, kołysząc się już na prawo i lewo pod wpływem odurzenia. Pustka w głowie nagle zapełniła się rozszarpującymi jej sumienie myślami. Pozwoliła swoim nogom na chwilę samowolki, uderzając barkiem w ścianę. Osunęła się na posadzkę, przytulając już prawie pustą butelkę do piersi.
-Zdzira.- czknęła na myśl o Esther. Ten pijaczyna i tak by chybił. Niepotrzebnie ją osłaniała. To przez nią zginęła Ruda, a nawet nie zdążyła poznać jej imienia.
Cisnęła jednym z butów w przeciwną ścianę, Upadł na komodę, zrzucając z niej wazon z kwiatami. Woda rozlała się po całym korytarzu. Zza rogu wychylił się jeden ze służących, który w zasadzie był świadkiem tego zdarzenia. Podbiegł do wazy, zbierając jej resztki i zignorował dziewczynę.- Pewnie według Ciebie też nie powinno nas tu być, co?- próbowała się skupić, wpatrując się w najbardziej jaskrawy kwiat z rozrzuconego bukietu.
- Nie, pani. Nie powinno.- służący nie odrywał wzroku od swojej czynności.
- Twoje zdrowie.- wzniosła butelkę na cześć ignorującego ją sprzątacza. Podniosła się z trudem z posadzki i ruszyła do swojego pokoju. Przynajmniej miała nadzieję, że prędko się w nim znajdzie. Jej plan może i szalony był nad wyraz klarowny. Uciec z zamku, choćby po to, by na chwilę odizolować się od zaistniałych wydarzeń, Wciągnęła na nogi swoje trepy, na plecy zarzuciła kurtkę i wyszła na balkon.-Raz kozie śmierć.- westchnęła, przechodząc przez balustradę i korzystając z drabinek na pnące się po nich bluszcze, zeszła na dół. Odczekała chwilę, zanim strażnicy zniknęli za rogiem i puściła się biegiem przez zagajniki w ogrodzie. Wiedziała, że tu musi być jakieś przejście. Ogrodowe mury nie były tak wysokie, a roślinność niemalże do nich przylegała, więc problemem nie będzie wspięcie się na drzewo i wskoczenie na mur, a zejście z niego na drugą stronę. Biegi w tym stanie jej nie służyły. Musiała skryć się gdzieś w jednym z zaułków, żeby odpocząć, ale przy okazji znalazła odpowiednie drzewo, na które mogłaby się wspiąć i przeskoczyć z niego na mur. Rozdarła drugi brzeg sukni, przepraszając w myślach Rosę za zniszczenie jej ubrań i owinęła sobie oba ogony wokół nóg, tworząc spodenki. Wspięła się na drzewo i przedostała się na mur. Ta akcja była niemniej satysfakcjonująca, co widok po drugiej stronie. Mniejsze daszki przylegały do muru, stopniowo rosnąc, albo się obniżając. Usiadła jeszcze na chwilę w cieniu drzewa. Księżyc świecił w najlepsze, ale zaraz powinna go przesłonić spora chmura, więc strażnicy też nie będą mogli jej zauważyć, gdy będzie się wymykać.
Zew wolności dał o sobie odczuć jedynie chwilowo, gdy przeskoczyła na daszek stajni. Po chwili jednak straciła oddech. Złoty gorset zacisnął się wokół przepony i żołądka, blokując jej wszelkie możliwości ruchowe. Padła jak kłoda, niemal wymiotując od ścisku kiszek, jakie smok jej zagwarantował. Im bardziej chciała doczołgać się do krawędzi dachu, tym mocniej ten ból odczuwała. Zacisnęła zęby z wysiłku, łapczywie chwytając powietrze, którego przecież było pod dostatkiem.
Chwyciła za rant jednej z desek i podciągnęła się bliżej. Widziała stóg siana pod sobą i miała nadzieję w niego trafić tak, by przy okazji nie nabić się na jakieś zagubione widły. Wpadła w siano, które przykryło ją zaraz całą. Podrapała sobie plecy, ramiona i nogi o ostrzejsze rurki.
-Ładnie to tak?- usłyszała, a po chwili tuż obok pojawił się ciężar czyjegoś ciała. Ścisk złotego gorsetu zniknął. Smok leżał teraz obok niej z założonymi za głową rękoma.- Ile razy mogę ci powtarzać, że nie powinnaś tego robić, moja droga Zoe, hm?- nawet na nią nie spojrzał. Wzrok miał zawieszony gdzieś na niebie. Ona też nie chciała na niego patrzeć, przykryta wciąż warstwą słomy. Odetchnęła głębiej, ostrożnie. Mimo słodkiego tonu głosu, Złoty miał nietęgą minę. Wyraźnie nie w smak mu było, że Zoe mu się sprzeciwiła. Zresztą nie tylko jej sprzeciw zagrał mu dźwięcznie na nerwach.
Podniosła się w końcu, wyłaniając się spod kołderki trawy. Zakręciło jej się w głowie, więc wsparła się łokciami o własne kolana.
- Daj mi spokój.- machnęła na niego ręką.- Muszę się stąd wyrwać.
- A ja mogę ci zrobić coś gorszego.- targował się bez zastanowienia.
- I co mi niby zrobisz? Zabijesz, oskalpujesz, poucinasz palce?- wyrzuciła dłonie w powietrze, powracając z powrotem do podpierania się. Nie spotkała się z odpowiedzią. Chciała się podźwignąć i odejść, a on niech sobie leży w tym sianie, ale Złoty w mgnieniu oka wrzucił ją z powrotem w siano, przygważdżając ją swoim ciałem.- Nie panujesz nad tym, co się dzieje pod twoim nosem, a masz zamiar zapanować nad całym królestwem?!
- Uważaj na słowa.- warknął ostrzegawczo, wciąż jednak nawet na nią nie spojrzał. Gdy Zoe opanowała zawroty głowy spowodowane zmianą położenia, chuchnęła mu w twarz specjalnie.
-Wiesz, w tym stanie to jest mi wszystko jedno. Zabiłam ci człowieka. Już nic gorszego nie możesz mi zrobić.- syknęła. Smok zacisnął mocno ręce na jej nadgarstkach. Wierzgnęła z bólu, ale nic to jej nie dało.
- Kwestia przypadku.- mówił, nie patrząc na dziewczynę, a w niej aż się wszystko gotowało.- Ona i tak nie miała szans na lepszą pozycję.
-Patrz na mnie, jak mi to mówisz!- zawołała. Spojrzał na nią w końcu. Wciągnęła głośno powietrze i wstrzymała oddech, otwierając szerzej oczy. Jego i tak wynaturzone błękitne oczy płonęły w tej chwili zupełnie inaczej, groźnie, nienawistnie, oschle. I nagle Zoe poczuła jak cała wściekłość wylewa się z kociołka jej emocji, by za moment zastąpiły ją łzy, żal i strach o własne życie. Razem ze wściekłością jednak z kociołka chciało wylać się coś jeszcze.- P-puść mnie.- wybełkotała. Smok nie czekał długo. Wiedział, co za chwilę nastąpi i zwyczajnie nie chciał, żeby zawartość jej żołądka wylądowała na jego koszuli.
-Żałosne.- wymruczał. Bynajmniej nie miał na myśli sposób w jaki Zoe próbuje się skryć i wypuścić z siebie balast wrażeń, ale miał na myśli swoje zachowanie. Dlaczego sam nie chciał na nią skierować wzroku? Dlaczego chciał oszczędzić jej tego spojrzenia? Tak bardzo działała wbrew jego woli, idąc krnąbrnie przed siebie. I udało jej się to kilka razy, a on złapał się na tym, że wyprowadza go to z równowagi. Zresztą nie tylko ona się dziś do tego przyczyniła. Gdy cisza po konwulsyjnym kaszlu się przedłużała, podniósł się z dość miękkiego posłania i otrzepał się z siana. Zoe w tym stanie nie miała raczej opcji by gdziekolwiek uciec. Była blisko, czuł to. Przeszedł za stóg by sprawdzić jednak co się dzieje. Skrzywił się delikatnie.
Ciemnowłosa leżała w sianie zwinięta w kłębek, blada jak nieboszczyk, ale jedynie śpiąca.
-Od dzisiaj nie pijesz żytniej.- skwitował krótko.
Przetransportował ją do jej komnaty, ułożył w łóżku i kazał jednej ze służek się nią zaopiekować.
Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na Rosę. Gdy ta wkroczyła do pomieszczenia, widząc półnagą Naith przykrytą kocem, nie zareagowała prawie wcale. Dopiero gdy spostrzegła w jakim stanie jest jej suknia, którą tak misternie szyła, zaczęła przeklinać niebiosa pod nosem. Chwyciła się pod boki, z resztą szkarłatu w pięści i z politowaniem spojrzała na śpiącą.
-Będziesz cierpieć.- uśmiechnęła się z przekąsem i zabrała się za ogarnianie bałaganu. Przyniosła swojej przełożonej dzbanek z wodą i proszki na ból głowy i w końcu mogła usiąść, czuwając.
-Rosa...- usłyszała w końcu. Zoe podniosła ociężałą głowę, w poszukiwaniu źródła wody. Zamlaskała tylko, czując niewysłowioną suszę w ustach. Zauważyła dzbanek z wodą, które w świetle wczesnego poranka skrzył się, jakby był wypełniony diamentami, co tylko spotęgowało jej pragnienie. Przechyliła dzbanek, łapczywie łykając chłodny napój.- Dlaczego jestem prawie naga?
- Zapytaj smoka. To on zostawił cię tu w takim stanie i kazał się pilnować. Ileś ty wypiła wczoraj? Wiesz, że damie nie przystoi?!
-Ciszej, błagam!- skacowana skrzywiła się, chwytając się za skroń.- Z ulicy mnie nie ściągnęli, o ironio, żebym nie wiedziała jak się zachować w towarzystwie. Ta sytuacja nie dała się obejść inaczej.
-Co żeś zrobiła?
-Przeze mnie zginęła jedna z wybranek smoka. Ten pijak nawet by nie trafił, gdybym nie osłaniała w tym momencie Esther. Pocisk się odbił, poszły iskry i Ruda spłonęła żywcem przybita do kanapy.
-Faktycznie. Mogłaś jej nie osłaniać.- Rosa skrzywiła się, wyobrażając sobie przebieg wydarzeń z dnia poprzedniego. Zoe przymknęła oczy na moment. Wtem pod powiekami wyklarowało się to złowrogie spojrzenie smoka. Gdzieś tam w środku miała ochotę się popłakać, ale nie mogła. Była spokojniejsza.- Stało się.- usłyszała jego głos, jakby gdzieś głęboko w jej umyśle.- Nie ma co tego roztrząsać.- gdy otworzyła oczy, słyszała już tylko głos Rosy. To jej słowa. Odetchnęła z ulgą.
- No tak, stało się.- mruknęła beznamiętnie.- Przepraszam za suknię. Napadli na nas.
-Zauważyłam, że te rozdarcia to niespecjalne, nie przejmuj się tym. Będziesz w stanie zejść na śniadanie do jadalni?
-Jestem głodna jak wilk.- zaczęła się podnosić. Poranne słońce wlewało się do pomieszczenia, rozświetlając drewnianą podłogę. Raziło ją w oczy. Zauważyła proszki przeciwbólowe i przełknęła je zaraz, wstając z łóżka, owinięta w koc.
-Coś ty chlała? Żytnią?- Rosa skrzywiła się, gdy Zoe do niej podeszła.- Marsz do wanny. Zimna kąpiel dobrze ci zrobi.- kobieta zgarnęła obolałą i kazała jej stanąć w wannie.- Najgorsza wódka, jaką mogłaś sobie wymyślić. Są alkohole lepszego sortu, a ty musiałaś urąbać się akurat tym wiejskim przysmakiem.
-Miałam prosić szybko o flaszkę wytwornego alkoholu do narąbania się? Pomyśl, co mówisz. Strata alkoholu, smaku i pracy ludzi, którzy to tworzyli. A taka żytnia, to i ekonomicznie i mocno trzepie.
-Skąd ty żeś się urwała?- Rosa rozbawiona jej tłumaczeniem, zaczęła oblewać Zoe chłodną wodą.
- Podróżowało się tu i ówdzie.- odparła chłodno, markotniejąc.
- Tęsknisz za tym, co?
- Nawet nie wiesz jak.- westchnęła. Blizna na powiece zapiekła ją ostrzegawczo. Rosa szybko się uwinęła. Zoe czuła się o tyle lepiej, że rześko i w końcu proszek przeciwbólowy zaczął działać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytałeś, przeczytałaś? Zostaw komentarz, jeśli chcesz, oczywiście.
:3
Aikooś - czytelnik.