Informacje

Czcionka w notce wydaje Ci się za mała?
Wystarczy przytrzymać klawisz CTRL i przybliżyć obraz strony przy pomocy rolki na myszce, bądź wciskając +.

ZANIM ZACZNIESZ...
Jeśli zamierzasz napisać, że blog jest "fajny" i nie zostawić treściwego komentarza, wskazującego na to, że notkę przeczytałeś, skieruj się do strony "Kontakt i SPAM". Jestem łapczywa i komentarze wszelakie sobie zostawię, ale będę wiedziała, że czytasz coś z bloga, zamiast się bezczelnie reklamować.

Uprasza się o nie kopiowanie treści zawartej na blogu.

©Aikoo

poniedziałek, 13 czerwca 2016

|138| Trakt pocztowy


Rozdział 15

Ewakuując się z sali jadalnej, dość szybkim krokiem przeszła korytarzami do swojego pokoju, walcząc jeszcze z mdłościami. Policzek szczypał ją niesamowicie, ale nie to teraz było najważniejsze. Skoro kapitan straży był zajęty przesłuchiwaniem dziewczyn, Zoe będzie miała wolną rękę do przechadzek po mieście i ewentualnych poszukiwań. Długo szukała Raymonda, bo nie znalazła po nim śladu w miejscach, w których zwykł przesiadywać.
-Jak to, zmienili miejsce schadzek?- kręciła się tak po przedmieściach szukając w tej chwili igły w stogu siana. Miała też sporo czasu na przemyślenia odnośnie pytań, które miała mu zadać. Mniejsza o samą treść, a o formę. Jak mogłaby go podejść, żeby się wygadał? Ray nigdy nie był wylewny, jeśli nie było mu to na rękę. Tym razem też nie będzie chciał rozmawiać, bo pewnie będzie to niewygodne.
Westchnęła ciężko. Świeże powietrze łagodziło skutki picia alkoholu dnia poprzedniego. Ostatnim miejscem w jakim by mogła szukać, było jej gniazdko, w którym mieszkała dopóki nie spotkała smoka. Chmury przesłoniły błękitne niebo, w powietrzu było czuć, że zbliża się deszcz. Zoe, zbliżając się do swojej starej nory zarzuciła kaptur na głowę. Podeszła do drzwi, ale zdążyła tylko położyć dłoń na ciężkiej klamce. Trzeszczała straszliwie i chodziła ciężko, ale można było ją sforsować, gdyby dobrze naprzeć na wrota, jeśli były zamknięte.
Jednak oprócz Raymonda dziewczyna usłyszała w środku jeszcze jeden głos. Dyskutowali żywo o wydarzeniach z wczorajszego wieczora i nie tylko.
Wycofała się instynktownie, nie pozwalając klamce zahałasować. Co tu robi kapitan? I dlaczego rozmawia z Raymondem, jak gdyby nigdy nic?!
Skryła się w zaułku, gdy głos kapitana zbliżył się niebezpiecznie w kierunku drzwi.
Nie była jednak w stanie podsłuchać o czym dokładnie rozmawiają, ale gdyby dostała się na tyły szopy, znalazłaby miejsce odpowiednie, żeby podsłuchać rozmowę.
Nie musiała jednak kombinować. Usłyszała skrzypienie drzwi.
-Mówisz więc, że to nie jest sprawka twoich ludzi, Ray?- padło pytanie z ust kapitana.
-Po raz kolejny powtarzam, że nie. Moi ludzie nie są tacy głupi, żeby narażać się smokowi. Nie wszyscy w każdym razie.-Raymond brzmiał jakby był zrelaksowany. Nie dało się odczuć krzty niepokoju w jego głosie. Zoe przylgnęła do ściany, chowając się za beczką wypełnioną starymi grabiami. Z kapturem na głowie nie rzucała się w oczy i mogła ich razem obserwować.
- Z drugiej strony zastanawia mnie, dlaczego tak otwarcie wstawiłeś się za Naith, hm?
-A ty jeszcze się nie zorientowałeś? Ona jest jednym z moich ludzi.- gdy Raymond to powiedział, pod Zoe ugięły się nogi. Usiadła w błocie, wypłaszając kota ze starej skrzyni, w którą rąbnęła łokciem. Zrobiło jej się gorąco. Wszystko trafi szlag, jeśli Raymond powie kapitanowi, kim tak naprawdę jest ta buntownicza Naith, która powaliła samotnie kilkoro napastników w karczmie "Pod Skrzydłem Gryfa". Obserwowała jednak dalej.
Ethan zdawał się nie dowierzać. Zmieszany uśmiech zawitał na jego twarzy.
-Żartujesz sobie, tak? Przecież przyjechała z doradcą króla.
- Który został pożarty przez smoka, tak, słyszałem tę historię. Mieszkałeś z nią w swojej kawalerce, miałeś ją na wyłączność i nie połączyłeś jeszcze faktów? Co ja mówię, być z kobietą pod jednym dachem i nie zajrzeć jej pod halkę? Gdzie twój spryt i przenikliwość, kapitanie?
-Wasza Zoe spłonęła po nalocie smoka jeszcze zanim zdążyła się wykrwawić przez strzał jednego z moich ludzi.-odparł szorstko kapitan. Raymond zacmokał z dezaprobatą.
-Nawet Cegła zauważyłby zbieżność zdarzeń.- zaśmiał się po chwili Król Podziemia.- Możesz zresztą sprawdzić sam, czy dziewczyna będzie miała bliznę na boku. Pamiętasz chyba w jaki sposób postrzelił ją jeden z twoich przygłupów...
- Nie sprawdzę tego. Naith ma na sobie gorset ze smoczego złota.
- I zgoła nierozsądnym byłoby zapytać ją o to wprost, bo ci dziewczę zwieje z miasta zanim zdążysz wymówić imię swojej matki.
-Podrzuciłeś ją do mnie...
-Wybacz, że zapytam, zaszkodziła ci? I nie, powtarzam, że jej nie podrzuciłem. Zoe działała na własną rękę, a że w jakiś sposób trafiła na szarmanckiego i opiekuńczego doradcę, to wylądowała na królewskim dworze. Ten dzieciak potrafi się kamuflować.
-Wychowywałeś ją. Mów, gdzie może teraz być. W zamku nie było jej już po przesłuchaniu.
-Ciebie też wychowywałem i co?
-Morda, Ray. I wychowywaliśmy się razem. Pamiętaj, ale nie mów tego na głos!- sączył przez zęby kapitan. Zoe znieruchomiała jeszcze bardziej. Wychowywali się razem? Na jednym podwórku?! Kot, który przez moment hałasował i miauczał zniesmaczony pobudką, ucichł. Raymond machnął ręką na reakcję kapitana.
-Chodź, napij się jeszcze. Może kiedy ochłoniesz, będziesz luźniej myślał.-rzucił, zapraszając kapitana do środka, ale już nie zamknął drzwi, a jedynie zostawił je uchylone.
-Proszę, proszę. Miałaś podobno leżeć w łóżku.- usłyszała za swoimi plecami. Obróciła się gwałtownie, ukrywając za dłonią usta smoka.
-Cicho, błagam Cię.- rzuciła nerwowo. Złoty ściągnął brwi i odjął jej rękę od swojej twarzy.-Zabierz mnie stąd najlepiej, byle szybko.
-A nie chciałaś się czasem widzieć z Raymondem? Masz ku temu doskonałą okazję.
-Ciszej, człowieku!- syknęła, dopiero po chwili zdając sobie sprawę jak bardzo przegięła. Smok nie cierpiał być nazywany człowiekiem, ani do niego porównywany. Z człekokształtnej formy korzystał tylko, kiedy przebywał w zamku i gdy naprzykrzał się żeńskiej części populacji, tak jak w tej chwili robił to z Zoe.
Zacmokał, mrużąc oczy z utraty cierpliwości.
-No, dalej. Wejdź tam. Chciałbym zobaczyć, czy kapitan Cię nie zabije, zanim zdążysz powiedzieć słowo.- podniósł się z klęczek ciągnąc ją w górę za ramię. Smok pchnął delikatnie Zoe w kierunku głównej drogi. Jej dłoń błyskawicznie wczepiła się w poły jego koszuli i przyciągnęła się do niego.
-Zabierz mnie stąd.- ściągnęła brwi, zdesperowana. Złoty warknął ostrzegawczo. Zwątpiła w pewnym momencie, czując na sobie gniewne spojrzenie Drakonity. Puściła go po chwili, zaciskając w pięści drżące dłonie. Odwróciła od niego wzrok i zaczęła rozglądać się po zakamarkach w poszukiwaniu drogi ucieczki.- Albo nie... Dam sobie radę bez Ciebie.- ruszyła wgłąb uliczki, pamiętając, że jest tam dość wąskie przejście przez które kiedyś udało jej się przecisnąć.
Smok jedynie obserwował jej poczynania.
Znów zaczęło ją mdlić.
-Pieprzony kac.- z trudem zaczęła przeciskać się przez prześwit między budynkami. Gdy była już w połowie drogi, po nodze przebiegło jej coś z pazurami na brudnych od błota nóżkach. Miała tylko nadzieję, że to nie szczur i że nie ma ich tam więcej. Smok czekał już po drugiej stronie przesmyku, wsparty o obłażącą z farby ścianę. Z założonymi na piersi rękoma obserwował kątem oka poczynania Zoe.
Wydostała się, zaraz otrzepując nogę z widma szczura, który mógł się w nią wczepić, gdyby tylko miał odwagę.  Wzdrygnęła się z odrazą.
Złoty zaśmiał się, rozbawiony.
-Naprawdę bardziej się boisz szczura, niż mnie?
-Mimo iż jesteś nieobliczalny tak jak one, z Tobą jeszcze da się porozmawiać, wiesz?- rzuciła jadowicie, uspokajając nerwy na tyle, na ile była w stanie.
-Kapitan do głupich nie należy. Jeśli to cię uspokoi... Będzie czekał na odpowiedni moment, chociaż nie wiem, co na to pani generał, bo chodzą pogłoski, że stacjonuje już gdzieś w mieście.
-Jak to?! Ta generał?! Ona jest w mieście?
-Mhm! I zamierzam ich wszystkich ugościć na balu. Burmistrz z Borvaru też się pojawi, zapewne żeby przegadać do rozsądku naszemu Gromagarowi. Biedaczek nie wiedzieć czemu, zaszył się w dzielnicy szpitalnej i kombinuje coś przeciwko Radzie.
-Czemu nie powiesz tego kapitanowi? Zrobi z nim porządek.
- To nie leży akurat w moim interesie, a informację, jaką przypadkiem zdobyłem, możesz wykorzystać. Kto wie, może uratuje ci skórę.- odparł melodyjnie, czyszcząc swoje wyostrzone paznokcie. Zoe prychnęła tylko.
- Ratowanie swoich wybranek też najwidoczniej nie leży w twoim interesie.
- Wypluj te słowa.- ściął ją wzrokiem. Blizna na jej powiece dała o sobie znać dość dotkliwie.
- Zostaw tę informację dla siebie, może ją kiedyś wykorzystasz.- uśmiechnęła się kpiąco, czując zaraz jak gorset zaciska się na jej talii, robiąc się nieprzyjemnie gorącym. Ruszyła w drogę do centrum, zerkając jeszcze na smoka. Igrała z żywym ogniem, ale nie mogła tego inaczej rozwiązać. Nie potrafiła i nie chciała. Gdyby jednak poddała się jego woli, nie czułaby się zupełnie sobą, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.
Zrzuciła z siebie brudny płaszcz, zanim weszła na główną drogę. Nie zwracając uwagi, prawie staranowała pewnego jegomościa, niosącego pocztę.
-Szlag by was wszystkich trafił. Nie ważne czy niosę cegłę, czy porcelanę, zawsze się znajdzie któreś, co nie patrzy pod nogi.- klął w najlepsze niziołek pocztowy.
-Przepraszam.- bąknęła, gdy kopnął ją w kostkę.- A to za co?!
-Bo cholernico jedna, zniszczyłaś mi przesyłkę! Nie widać znaku?! Nie stawać na trakcie pocztowym?! Pozwę Cię do Rady Nadzorczej, jak swoją pieprzoną siostrę kocham. Tfu!- niziołek splunął na ziemię tuż koło buta Naith.- Złaź z traktu, kreaturo! Męty pierdolone, wpychają odpady w kanały pocztowe. Szczurza zaraza, kurważ jej mać.
Zoe machnęła ręką na niziołka i wyszła na główną drogę, podczas gdy on i za chwilę kilku jego kompanów klnąc w najlepsze ruszyli dalej z pakunkami.
Wiedziała, że niziołki pocztowe są tak wulgarne, ale dopiero teraz się o tym przekonała. Idąc więc w górę miasta, obserwowała, gdzie są te ich trakty. Niziołki były zatrudnione przez króla do roznoszenia poczty jeszcze przed rozbudową miasta. Zagwarantował im tym samym pracę, dom i wyżywienie, bo rozbudowa miasta wiązała się bezpośrednio z likwidacją ich osady.
Tak też pomysł się przyjął, ale trakty pocztowe niziołków popadały w zaniedbanie, bo ludzie zaczęli jej z czasem traktować jak kanały ściekowe. Wtedy też niziołki stały się tak zrzędliwe i nieprzyjemne, a mimo to dalej wykonywały swoją robotę.
-Łap go, łap go! Łap go!- usłyszała nagle, gdy w jej ręce wpadło dziwne urządzenie z drutem i skrzydełkami wystającymi z obudowanego jakimś żelastwem kamienia zasilającego. Po chwili zaledwie wpadł na nią mężczyzna, który najwyraźniej nie zdążył się zatrzymać. Zoe legła na bruk plackiem. Jegomość podniósł się zaraz, wyrywając jej urządzenie z rąk i mówiąc doń pieszczotliwie.
-Halo, człowieku. O co ten cały zachód?- Zoe podniosła się ociężale, obserwując ciemnoskórego mężczyznę z dziwnie skołtunioną fryzurą.
-Bo to cacko, to przyszłość.- odparł rozpromieniając się.- Muszę jeszcze tylko skalibrować zasięg i zniwelować zjawisko interferencji fal magicznych.
-O czym ty mówisz?!- podniosła się z miejsca, otrzepując spodnie i koszulę z kurzawy. Wtedy też mężczyzna podniósł wzrok znad swojego wynalazku.
-Och, przepraszam. Gdzie moje maniery, panienko. Mieszkamy razem na zamku.- podniósł się z ziemi, wyciągając do dziewczyny rękę, którą okazała się mechaniczna proteza.
-Jak to, na zamku? Nie widziałam Cię tam jeszcze.
-Bo siedzę w zachodnim skrzydle, jestem królewskim inżynierem, wynalazcą i złotą rączką, choć ta rączka ze złota nie jest, na szczęście.- odparł z szerokim uśmiechem.
-Jak cię zwą?
-Buford, panienko, a Ciebie?
-Naith.- odparła.
-Naith! Miło mi Cię poznać i przepraszam za tę wpadkę, trochę wydałem na tego Chochlika i nie chciałem go zniszczyć. To prototyp, wiesz? Przyszłość zwiadowcza naszego królestwa.
-Dobra, dobra. I tak nie mam pojęcia, o czym mówisz.
-Zapraszam Cię do moich komnat. Skoro jesteśmy sąsiadami, możemy się razem napić.- zaproponował.- Pokażę Ci moje wynalazki. O ile mi wiadomo, twoja komnata jest wyposażona w lustro produkujące obrazy, które stworzyłem specjalnie dla króla, gdy korzystał z moich specyfików.
-O jakich specyfikach mowa?- zaintrygowana, pytała dalej.
-Relaksująca mieszanka ziół do fajki. Poprawia humor i otwiera umysł na nowe idee.
-Coś, co przydałoby mi się chyba nawet dzisiaj.
-Dostarczyć do pokoju, czy odbierzesz na miejscu?
-Bufordzie, zgłoszę się do Ciebie, gdy będę miała chwilę, dobra?
-Zapraszam! Zachodnie skrzydło. Jak w mordę strzelił, do windy i na samą górę do moich włości.
-Powodzenia z Chochlikiem!- odparła jeszcze na pożegnanie. Dziwny człowiek, ale czego się mogła spodziewać po wynalazcy ze sztuczną ręką? Jednak po chwili stwierdziła, że  może okazać się to dość ciekawa znajomość.




____________~~~____________

U mnie wszystko w porządku, choć nie mam czasu, daję znać, że żyję.
No, ciężko jest, nie powiem.
Zły humor i samopoczucie nie opuszczają mnie od dłuższego czasu, ale daję radę, tak mi się zdaje.
Weekendy są za krótkie, wypady do kina za rzadkie. Aż chciałoby się rzucić robotę w cholerę i wyjechać gdzieś, uciec od tej szarej rzeczywistości.
Życiowy marazm.
Rutyna.
Kropka.